Rozdział XIV


      Draco ze znudzeniem przeglądał opasły podręcznik do eliksirów. Abbie niby robiła to samo, ale co chwilę czuł na sobie jej wzrok, co zaczynało być dość irytujące. Miał jej pomóc w napisaniu eseju o Eliksirze Słodkiego Snu, nie być obiektem do pogapienia się. No dobra, sam zgodził się na całe te korepetycje, bo spodobała mu się ta niewinna, lekko naiwna dziewczyna, ale skoro mieli robotę do wykonania, to mogła się na tym skupić, zamiast rozpraszać uwagę ich obojga. I tak musiał się bardzo starać, aby jego myśli nie pędziły w innym kierunku. Luna Lovegood zniknęła. Jej koleżanka powiedziała tylko tyle, że Krukonka szła na randkę, ale nie chciała powiedzieć z kim. To już następna zaginiona osoba, a nie odnaleziono jeszcze Pansy. W zamku znowy panowało poruszenie, a Granger zaczęła przypominać cień człowieka. Nawet nie spotkał się z nią od temtego czasu, bo widocznie unikała jego i innych ludzi z wyłączeniem Moriery. Z jakiegoś powodu akurat jego obecność jej nie przeszkadzała. Draco kilka razy minął się z nią na korytarzu, ale za każdym razem go ignorowała, uciekając ze łzami w oczach i z torbą pełną podręczników. Najwidoczniej próbowała zająć myśli nauką i nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Kilka razy chciał po prostu zaciągnąć ją siłą do Pokoju Życzeń i zmusić ją, żeby po prostu się przy nim wypłakała, może poczułaby się lepiej. Póki co próbował jednak uszanować jej potrzebę prywatności i na nic nie naciskać. Skoro z jakiegoś powodu nie chciała kontynuować ich poszukiwań, poczeka cierpliwie, aż wreszcie się zdecyduje.
    - Miałeś kiedyś dziewczynę? - zapytała po jakimś czasie Abbie.
      Nie i ty też nią nie będziesz, głupia dziewczyno.
    - Nie wiążę się – odpowiedział spokojnie, powstrzymując prychnięcie.
    Zastanawiał się poważnie nad rzuceniem całego tego planu w cholerę. Na co były mu te męczarnie? Była ładna, ale na pewno nie warta takich cierpień. Najwidoczniej nie widziała podstawowych rzeczy, nie uda jej się go usidlić, nie ważne jak bardzo trzepotałaby rzęsami. Mieli najwidoczniej co do siebie zupełnie odmienne plany. Okazało się jednak, że Draco nie był tak dobrym strategiem, za jakiego się uważał, skoro do tej pory nie udało mu się pokazać dziewczynie, że nic z tego nie będzie, ale z chęcią zaprosi ją do sypialni bez zobowiązań i nie wyjść przy tym na drania. Nie potrzebował jeszcze gorszej reputacji.
    - Wiesz już co powinnaś napisać? - zapytał wpatrując się w podręcznik.
    - Kilka rzeczy jest nadal dla mnie niejasnych. Mógłbyś przedstawić mi dokładniej te podstawowe błędy, przez które eliksir może sprawić, że człowiek nie obudzi się już nigdy.
Przedstawiał jej to już dwa razy, więc z pewnością próbowała po prostu zatrzymać go przy sobie na dłużej zgrywając idiotkę, na którą nie wyglądała.
    - Tu jesteś! - Usłyszał za sobą głos Zabiniego i odwrócił się z nadzieją, że przyjaciel jakoś uratuje go z tej sytuacji.
    - Tak, przeprowadzam korepetycje, ale właśnie kończymy.
    - To świetnie, bo dostałem list od kuzyna i myślę, że powinieneś dowiedzieć się co w nim jest.
      Coś w satysfakcji wypisanej na twarzy Blaise'a pozwoliło myśleć Malfoyowi, że wreszcie dokopali się do jakiegoś porządnego argumentu przeciwko Laurusowi i uśmiechnął się do przyjaciela szeroko.


      Pandora wtuliła się w Teodora mocniej, myśląc o tym, że nie chce wyjeżdżać z zamku na święta i po prostu zostać przy chłopaku. Myślała często o ich przyszłości i o tym, że jemu zostało tu już tylko kilka miesięcy, a jej ponad dwa lata i najprawdopodobniej ich relacja tego nie przetrwa. W końcu czuła się przy kimś tak dobrze, a najprawdopodobniej będzie musiała go stracić.
    - Nie bądź smutna, to tylko tydzień – odezwał się, całując ją w głowę. - Będziesz miała czas za mną zatęsknić, pomyśl o tym jak szczęśliwa będziesz, gdy znowu się spotkamy.
    - Wolałabym w ogóle się nie rozstawać – szepnęła.
    - Spędzimy razem wakacje, obiecuję. A potem kolejne i jeszcze jedne, aż zamieszkamy razem. Aż zaczniesz mieć mnie dość – zaśmiał się.
      Nie chciała mówić mu o swoich obawach, że zostawi ją zapewne tuż po wakacjach, bo nie będzie chciał być z kimś, kto jest od niego tak daleko. Nigdy nie ufała deklaracjom ludzi, że zostaną już zawsze. Nie ufała nawet, gdy mówili, że spotkają się z nią następnego dnia.
    - Wiem, że kiedyś ktoś bardzo cię skrzywdził, widzę to w tobie. Tylko, że ja tego nie zrobię, nie zamierzam odejść, ani stchórzyć. Jesteś pierwszą osobą, której pozwoliłem się tak do siebie zbliżyć i nie zamierzam tego zepsuć. Kocham cię, Pandoro i nie zniszczę tego.
      Na te słowa wtuliła się w niego jeszcze odrobinę mocniej, mając nadzieję, że jednak z nim będzie inaczej. Że nie wszyscy mężczyźni są tacy sami i ten naprawdę jej nie skrzywdzi...


    - A kogo my tu mamy? - Donośny głos Zabiniego zagrzmiał zaraz za ich plecami.
      Hermiona i Laurus odwrócili się jak na komendę. Blaise stał na środku korytarza z założonymi rękami i mierzył ich wyzywającym spojrzeniem. Malfoy czaił się metr za nim, najwidoczniej nie do końca przekonany czy na pewno chce brać w tym wszystkim udział. Dziewczyna rzuciła mu pytające spojrzenie, ale ten szybko odwrócił od niej wzrok i wpatrzył się w ścianę. Gryfonce ani odrobinę nie podobała się ta sytuacja, szczególnie, że Draco najwidoczniej umywał od niej ręce. To nie wróżyło nic dobrego.
      Większy Ślizgon uśmiechnął się do nich z satysfakcją i zamachał jakimś kawałkiem pergaminu. Zbliżyli się do niego, aby zobaczyć co dokładnie trzyma w dłoni, ale Blaise szybko schował papier do kieszeni.
    - Odsuń się od niego, Granger – powiedział z wyższością.
    - Niby dlaczego, do cholery, ma się ode mnie odsunąć? - zapytał Laurus z irytacją.
      Najwidoczniej obecność dziewczyny dawała mu poczucie bezpieczeństwa, skoro tak chętnie wdawał się w wymianę zdań. Hermionie nie podobało się, do czego to wszystko zmierza. Malfoy nadal udawał, że nie widzi całej tej sytuacji, więc raczej nie mogła liczyć na jego wsparcie w przypadku rozdzielania walczących. Dla własnej pewności siebie wymacała w kieszeni różdżkę.
    - Bo jesteś niebezpieczny, świrze.
      Brazylijczyk prychnął w odpowiedzi na te słowa.
    - Myślę, że powinniśmy iść, Hermiono. Nie ma sensu tracić czasu – odezwał się.
    - Nie tak szybko – warknął Zabini. - Granger, nigdzie z tobą nie pójdzie, to po pierwsze. Wiesz co, Moriera? Tak się składa, że mam kuzyna w twojej starej szkole i postanowiłem trochę go podpytać o ciebie i twoją siostrę.
      Hermiona miała ochotę wtrącić się do rozmowy i powiedzieć Blaise'owi, żeby wreszcie dał sobie spokój, ale wtedy spojrzała na Laurusa. Nie było w nim już pewności siebie, patrzył na starszego kolegę ze strachem w oczach.
    - Dostałem dzisiaj od niego list. Dowiedziałem się o tobie ciekawych rzeczy, wiesz? Zresztą oczywiście, że wiesz. Zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś. Spokojnie, daj mi jakieś pół godziny, a dowiedzą się wszyscy.
    - Nie ośmielisz się – syknął Laurus.
      Hermiona z zaskoczeniem obserwowała, jak napina się każdy mięsień w ciele chłopaka. Nie widziała w nim już strachu, tylko czystą furię. Mierzył Zabiniego wściekłym spojrzeniem.
    - Tak? No to patrz! Granger, czy wiesz, że twój przyjaciel...
      Czerwony płomień uderzył w chłopaka, który przeleciał kilka metrów i spadł ciężko na kamienną posadzkę. Przestraszona Gryfonka spojrzała na Lurusa, który kurczowo zacisnął dłoń na swojej różdżce. Nawet nie zauważyła, gdy ją wyjął. Jego niemą furię widać było po oczach i małej żyłce pulsującej wściekle na skroni.
    - Nie, nie masz prawa się w to wtrącać, Zabini. Dobrze ci radzę, nie rób tego – wycedził przez zaciśnięte szczęki, nadal celując różdżką w podnoszącego się chłopaka.
      Blaise wyciągnął własną różdżkę i najwidoczniej obaj czekali, który uderzy. Wokół nich zebrał się już mały tłum uczniów, który szeptał między sobą. Hermiona stała jak sparaliżowana i patrzyła na Malfoya, który też najwidoczniej nie przewidział takiego obrotu spraw i wpatrywał się w o wszystko niepewnie. Ślizgoni mierzyli się wściekłym wzrokiem.
    - No uderz, Zabini. Oddaj mi – warknął Laurus.
    - Z przyjemnością – syknął Blaise i lekko uniósł różdżkę.
    - Dość!
      Wszystkie spojrzenia skierowały się na Hermionę, która wreszcie zabrała głos. Na wszelki wypadek wyciągnęła własną różdżkę, aby nie pozostać bezbronną i mierzyła nią teraz w Zabiniego.
    - Będę musiała z wami porozmawiać. Tak, z tobą też, Malfoy, nie patrz tak na mnie.
    - Ja nic nie zrobiłem – oburzył się Malfoy.
    - Stoisz tutaj, to mi wystarczy! Chodź stąd, nie warto tracić na nich czasu – powiedziała, złapała Laurusa za rękę i zaczęła ciągnąc go w stronę najbliższej opuszczonej sali, o której wiedziała.
    - Stajesz po złej stronie barykady, Granger – krzyknął za nimi Blaise.


      Laurus siedział ze spuszczoną głową i trząsł się na całym ciele. Hermiona nie do końca wiedziała, co robić, więc chodziła po prostu bez sensu po sali, próbując opanować emocje.
    - To zwykli kretyni – warknęła.
    - Hermiono, chyba powinienem powiedzieć ci, co było w tamtym liście – powiedział tak cicho, że ledwo go dosłyszała.
    - Nie musisz, to twoja prywatna sprawa – odpowiedziała siadając obok niego na ławce.
    - Muszę, za chwilę i tak cała szkoła będzie wiedziała. A dobrze wiesz, jak to jest z plotkami... Nikt tak naprawdę nie wiedział co się stało i nawet nie chcę myśleć, jaką wersję wydarzeń znają twoi koledzy. Chcę opowiedzieć ci co zdarzyło się naprawdę, zaraz i tak to się rozejdzie. Nie będzie to dla mnie łatwe, to nie jest miła opowieść. I będę musiał zacząć od początku, więc jeżeli masz trochę czasu... - powiedział drżącym głosem.
    - Wysłucham cię, jeżeli chcesz – odpowiedziała spokojnie.
      Odchrząknął, ale nie powiedział nic. Milczał, wpatrując się w ścianę i mrugał szybko, aby pozbyć się z oczu łez.
    - Mój ojciec był czarodziejem, matka mugolaczką. Żyliśmy sobie w małym brazylijskim miasteczku, gdzie każdy się znał. Wszyscy wiedzieli... - zawiesił głos. - Wszyscy wiedzieli jaki był ojciec. Nie byłem planowany, ale nie byłem też miłą niespodzianką, która zmienia życie na lepsze. Rodzice mojego ojca uparli się na ślub i próbowali zrobić z nas szczęśliwą rodzinę na siłę. Ojciec nienawidził tego życia, nienawidził nas... Ale bał się moich dziadków, to oni zapewniali mu jakiekolwiek życie, przynajmniej do czasu, kiedy się od niego zupełnie odcięli. Ale do rzeczy... Miał ciężką rękę i dużo pił. Dzieciństwo w dużej mierze kojarzy mi się z nocami, gdy siedziałem skulony pod kołdrą i błagałem Merlina, żeby tatuś wreszcie przestał bić mamusię. Pamiętam jej krzyki i moją bezradność. Pamiętam apteczki wypełnione eliksirami i miksturami na rany. Pojawiła się Pandora i nie zmieniło się zupełnie nic. Matka się bała i nie umiała odejść, pozwalała, żebyśmy wychowywali się w takim domu. Nie winię jej, ojciec znalazłaby nas zapewne w chwilę. Zawsze stawała jednak w naszej obronie, obrywała zamiast nas. Później dorośliśmy, poszliśmy do szkoły. Pandora zostawała w szkole na święta, a ja zawsze wracałem do matki. Przejąłem jej rolę i próbowałem ją chronić. Prowokowałem go, aby całą swoją frustrację zużył na mnie. Nienawidziłem go, był dla mnie skończonym śmieciem. Marzyłem o momencie, gdy stanę się pełnoletni i będę wreszcie mógł używać czarów. Robiło mi się niedobrze, gdy tylko dostrzegłem w sobie choć jedną cechę wyglądu, która mnie do niego zbliżała. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo można nienawidzić człowieka, Hermiono. Patrzysz na niego i jedynym czego chcesz, to roztrzaskanie mu czaszki i patrzenie jak cierpi za wszystko co zrobił. Za zniszczenie życia wspaniałej kobiecie i swoim dzieciom. Za nieprzespane noce. Za strach w oczach Pandory, gdy tylko się do niej odzywał. Za te wszystkie razy, gdy patrzyłem jak matka leży w kałuży krwi i nic nie mogłem zrobić. Ta bezradność mnie wykańczała, nie umiałem dbać o nią przez cały czas. A potem wszystko zmieniło się tamtej nocy.
Zawiesił głos i otarł spływające mu po policzkach łzy. Nie patrzył na Hermionę, najwidoczniej zawstydzony, że opowiada jej o tak osobistych rzeczach.
    - To dlatego wyjechaliście z Brazylii? Żeby przed nim uciec? - zapytała drżącym głosem.
    - Nie.
    - Więc co się stało?
    - Zabiłem go.
      To zdanie zawisło między nimi na chwilę. Dziewczyna spojrzała na niego z szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Chłopak nie odzywał się, tylko zaciskał dłonie na brzegu ławki. Po policzkach spływały mu łzy, ale wydawał się przede wszystkim wściekły. Patrzył przed siebie, zaciskając szczęki. Hermiona bała się odezwać, nie była pewna, czy chce wiedzieć więcej. Znała to uczucie. Patrzysz na nieruchome ciało, a wszystko wokół ciebie wydaje się takie nierzeczywiste, jakbyś obserwował to wszystko z boku, jakby to nie twoja dłoń ściskała różdżkę...
    - To było w te wakacje. Wreszcie mogłem używać czarów i nie czułem się już tak bezbronny. Ojciec zachowywał się przy mnie poprawnie, chyba nie chciał doprowadzić do konfrontacji. Tak było do sierpnia, byłem wręcz zaskoczony, że wszystko przebiega tak gładko. Chciałem przetrwać jeszcze ten ostatni rok w szkole i zabrać matkę i Pandorę gdzieś daleko. Uciec gdzieś i się ukryć. Mógłbym teraz to zrobić, zabezpieczyć odpowiednio dom, nigdy by nas nie znalazł. Mówiłem mamie, że zostało już tylko dziesięć miesięcy i to wszystko się skończy, a my spróbujemy jakoś to wszystko poukładać. A potem wyszedłem pewnego wieczora spotkać się z kolegami i wszystko się skomplikowało. Wróciłem, gdy było już bardzo późno, ale w pokoju paliło się światło. Wszędzie było nienaturalnie cicho, co mogło oznaczać jedno. Ojciec wyciszył całe pomieszczenie. Wiedziałem już co się dzieje i wyciągnąłem różdżkę. Nawet nie byłem zaskoczony, gdy zobaczyłem całą sytuację. Matka kuliła się w rogu pokoju, była przerażona i cała się trzęsła. Na podłodze była krew. Ojciec stał nad nią, nie miał w dłoni różdżki. A we mnie coś wtedy pękło. Pomyślałem o moim życiu. O Pandorze, która spała w pokoju obok nieświadoma i o mojej matce, która przez tyle lat starała się nas chronić. A teraz to ja powinienem chronić ją. Cała moja nienawiść do tego człowieka uderzyła wtedy we mnie i uniosłem różdżkę. Chciałem go zatłuc, ale bałem się go jak cholera. Nie czułem się wystarczająco silny. Widział to i tylko się zaśmiał patrząc na mnie. Widziałem, że mną gardził, że w jego oczach byłem nikim. Był tak pewny mojej słabości, że nawet nie wyciągnął swojej różdżki. A mnie już nie obchodziło, co się ze mną stanie, kątem oka widziałem moją matkę, która nawet na nas nie patrzyła, tylko próbowała stać się w tym wszystkim niewidzialna. Nie mogłem znieść tego, co jej zrobił. Nie potrafiłem patrzeć, jak ona cierpi. Uczucia, które zbierały się we mnie przez tyle lat wreszcie znalazły we mnie ujście. Nie chciałem go zabić, przysięgam. Chciałem tylko go obezwładnić, zabrać stamtąd matkę, Pandorę i uciec gdzieś daleko. Nie interesowała mnie już dalsza edukacja, przede wszystkim musiałem zadbać o nie. Widziałem zaskoczenie w jego twarzy, gdy posłałem w niego Expelliarmusa. Pamiętam, że moja matka krzyknęła, gdy ciało ojca przeleciało przez pokój. Przez chwilę stałem zszokowany tym, co zrobiłem, a potem chciałem jak najszybciej je stąd zabrać. Pobiec do Pandory i teleportować je gdzieś daleko. Ale coś było nie tak... Wokół głowy mojego ojca zaczęła zbierać się krew, moja matka krzyczała jeszcze głośniej. Nic z tego nie rozumiałem, byłem przerażony. Później spojrzałem na parapet, był cały we krwi. Zabiłem go... Chciałem tylko zadbać o moją rodzinę, a zabiłem własnego ojca...
      Chłopak ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał. Hermiona nie do końca wiedziała co robić, wytarła kilka łez, które spływały jej po policzkach i objęła Laurusa. Nie miała pojęcia, co mogłaby w tej sytuacji powiedzieć, bo wszystko wydawało jej się trywialne bądź nie na miejscu. Przez chwilę po prostu przytulała trzęsące się od płaczu ciało i myślała o tym, jak wielkie miała w życiu szczęście. Zawsze miała rodzinę, która wspierała ją na każdym kroku i dbała o nią jak tylko mogła. W zetknięciu z historią Laurusa zaczęła żałować kilku kłótni z rodzicami,które natychmiast jej się przypomniały.
    - Nie możesz się o to obwiniać, to nie była twoja wina. Chciałeś dobrze, nie mogłeś przewidzieć, że rozbije głowę o parapet. Miałeś dobre intencje.
    - Wiem, ale nie umiem przestać o tym myśleć. Wiesz co było najgorsze? Ja naprawdę poczułem ulgę, kiedy okazało się, że jest martwy. Wstydzę się tego, ale tak było. Po raz pierwszy w życiu nie czułem strachu, czułem czystą ulgę. Gdybym mógł cofnąć czas, nie wiem czy postąpiłbym inaczej. Ale muszę nosić to brzemię, że pozbawiłem kogoś życia. I to własnego ojca...
    - Nie jesteś złym człowiekiem, to był wypadek. Broniłeś siebie i swojej rodziny... Co było dalej? Jak znalazłeś się w Hogwarcie? - Odważyła się zapytać.
    - W pierwszym momencie, gdy miął pierwszy szok, matka chciała uciekać. Obudziła Pandorę i zaczęła nas pakować. Nie wiem skąd wzięła tyle siły, nie wyglądała dobrze... Chciała mnie chronić i uciec jak najdalej, zanim zaczną mnie szukać za morderstwo. Ja nie chciałem... Wolałem zostać i spróbować się wytłumaczyć. Nie chciałem być zbiegiem. Pandora była w szoku, przytuliła się do mnie i płakała. Nie wiedziała, co się dzieje. Bała się tego, co mogą mi zrobić. Bała się tego, że w pokoju obok leży ciało jej ojca. Matka krzyczała, próbowała przekonać mnie do ucieczki. Pamiętam tylko, że jej krzyki i płacz Pandory, która całkowicie odcięła się w tym momencie od świata, mieszały mi się w jedno. Było mi słabo, nie miałem pojęcia co robić. Chciałem się wreszcie obudzić, chciałem, żeby się okazało, że to tylko sen. Potem zaczęły się przesłuchania, mnie i mojej rodziny. Po jakimś czasie uznano, że to naprawdę był tylko wypadek, ale plotki już się rozniosły. Baliśmy się wrócić do szkoły, ale wtedy całą naszą rodzinę przygarnęli dziadkowie. Wyjechaliśmy do nich do Anglii. To dobrzy ludzie, odcięli się od mojego ojca kilka lat temu, był czarną owcą w rodzinie. Nie traktują mnie jak mordercę ich syna, tylko ich wnuka, który potrzebuje, aby otoczyć go opieką. Wiem, że matce jest u nich dobrze... Mi i Pandorze również. Po rozmowie z McGonagall mogliśmy posługiwać się zmienionymi nazwiskami, aby zabezpieczyć się przed plotkami. Jak widać, nie udało się. Za chwilę znów będę w oczach innych tylko mordercą ojca... Nie ważne, ile tożsamości przyjmę i tak od tego nie ucieknę. Nie mogę przez to wszystko spać, włóczę się nocami po błoniach, żeby nie myśleć.
      Hermiona była wściekła na Malfoya i Zabiniego do tego stopnia, że walczyła ze sobą, żeby nie wybiec z tej pustej klasy w tym momencie i ich nie odnaleźć. Nie ważne, jaką formę przybrała ta plotka, nie mieli prawa tak bardzo wnikać w życie innych ludzi.
    - Przepraszam cię, ale muszę stąd szybko wyjść i zapobiec katastrofie. Mam nadzieję, że nie zdążyli nikomu jeszcze o tym powiedzieć. Zrobię co tylko się da, żeby to nie wyszło poza ich dwójkę, przysięgam. Naprawdę chciałabym zostać z tobą dłużej, ale boję się, że wtedy nie zdążę. Porozmawiamy o tym jeszcze, dobrze?
      Laurus skinął głową i uśmiechnął się smutno. Hermiona przytuliła go mocno i wybiegła z sali. Będzie musiała znaleźć Malfoya i Zabiniego i ich ukatrupić. Zgodziła się, żeby Draco poszperał w przeszłości Laurusa dla świętego spokoju i nie miała pojęcia, że to wszystko przybierze tak niebezpieczny obrót.


      Hermiona stała wściekła przed pokojem wspólnym Ślizgonów, ale nie znała hasła, więc musiała czekać, aż ktoś będzie wchodził lub wychodził. Czuła, jak bardzo w tym momencie ucieka jej czas. Ci kretyni mogli przecież już roznieść to połowie szkoły, a to może skończyć się tragicznie. Nie tylko Laurus na tym ucierpi, ale też Pandora, a im wystarczyło już stresu związanego z tym wszystkim. Była pewna, że rozniesie ich obu, gdy tylko ich zobaczy.
      Na korytarzu pojawił się w końcu jakiś młody Ślizgon, który według Hermiony nie mógł być wyżej, niż na drugim roku.
    - Wpuść mnie do środka – powiedziała patrząc na niego z góry.
      Chłopak spojrzał na nią lekko zlękniony, najwidoczniej nie udało jej się ukryć zdenerwowania.
    - Nie mogę, jesteś Gryfonką – odpowiedział niepewnie.
    - Jestem też prefektem naczelnym! Będą chyba bardziej źli, jak stracą przez ciebie punkty, niż jak pozwolisz mi wejść – powiedziała wskazując na ścianę.
      Ślizgon w pośpiechu wypowiedział hasło i puścił ją przodem. Stanęła w prawie pusty Pokoju Wspólnym i rozejrzała się. Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła na kanapie blond czuprynę.
    - Malfoy – warknęła, celując palcem w chłopaka, który natychmiast odwrócił się w jej stronę.
    - Chyba nie powinnaś tu wchodzić – odezwał się Zabini, który siedział obok.
    - Powiedzieliście komuś o tym, co było w liście? - syknęła, stając przed nimi i w zupełności ignorując uwagę Blaise'a, chociaż miał rację.
    - Jeszcze nie... Tak właściwie, to nie uważam, żeby to był dobry pomysł.
    - W końcu muszę się z tobą zgodzić, Malfoy. To w ogóle nie jest dobry pomysł. Powiedział mi wszystko, po prostu dajcie mu spokój. Ten chłopak dużo przeszedł.
    - Tak dużo, że sterroryzował cały dom i zabił ojca, bo odważył mu się sprzeciwić? - zapytał Zabini wyzywająco.
      Hermiona aż prychnęła, gdy usłyszała tę niedorzeczność.
    - Wierzysz we wszystkie plotki? Musisz być bardzo naiwnym człowiekiem – warknęła. - Nie niszczcie życia jemu i jego siostrze.
    - A jeżeli on wie cokolwiek o tym, gdzie jest Pansy? - zapytał Draco.
      Gryfonka pomyślała o tym, co przeczytała w liście i zrobiło jej się gorąco. Powinna powiedzieć Malfoyowi, że Parkinson nie żyje, tyle razy już zbierała się w sobie, aby to zrobić, ale nie potrafiła. Nie umiała odebrać mu nadziei. Może też trochę egoistycznie bała się, że zostawi ją z tym wszystkim samą, gdy dowie się, że nie odnajdzie przyjaciółki? A co z Luną? Morderca dał jej do zrozumienia, że zabije ponownie. Dlaczego wybrał właśnie ją? Dobrą, niewinną Lunę? Znała odpowiedź na to pytanie, choć nie chciała się do tego przed sobą przyznać. Krukonka zaginęła przez nią... Przez to, że się przyjaźniły. Hermiona poczuła, że łzy napływają jej do oczu, więc zacisnęła powieki. Rozpłacze się, gdy zostanie już sama.
    - Z jakiegoś powodu Malfoy chyba ci ufa, więc ja też nic nie powiem – powiedział Zabini wstając i mierząc wzrokiem przyjaciela.
    - O co chodzi? - zapytała Hermiona, gdy chłopak odszedł.
    - Trochę się o to przed chwilą pokłóciliśmy. Nie chciałem, żeby o tym wszystkim rozpowiadał, skoro twierdzisz, że Laurus jest w porządku. Chciałem dowiedzieć się o nim czegoś, aby ci udowodnić, że się mylisz co do niego, ale to trochę przerosło moje zamiary. Blaise potraktował to jako świetną okazję do utrudnienia mu życia... W każdym razie byliśmy już blisko dojścia do porozumienia, gdy tu wparowałaś. A tak lekko zmieniając temat, zastanowiłaś się co z tymi świętami?
    - Tak, przyjadę – odpowiedziała, mając nadzieję, że nie pożałuje swojej decyzji.



      Pansy siedziała skulona w rogu i znów płakała. Nawoływała Lunę niezliczoną ilość razy, ale dziewczyna albo nie żyła, albo ten sukinsyn rzucił jakieś zaklęcie i jej głos w ogóle nie przedzierał się przez obszar jej więzienia, co wydawało się wysoce prawdopodobne, skoro do tej pory jeszcze nikt nie usłyszał jej krzyków.
      Gdyby tylko w tym cholernym miejscu miała ku temu jakąkolwiek sposobność, to z pewnością wykończyłaby się sama, ale wokół niej nie było dosłownie nic, co mogłoby jej w tym pomóc. Mogła jedynie spróbować się zagłodzić, bo jedynie chleb lub resztki posiłków, które jej przynosił, trzymały ją przy życiu. Ale czy byłaby wystarczająco silna, żeby to zrobić? Teraz już wszystko było jej obojętne. Czy kłamał mówiąc, że wszyscy mają gdzieś jej śmierć? Czy jej przyjaciele naprawdę tak łatwo mogliby o niej zapomnieć? Może to była jedynie jednostronna przyjaźń? Nie chciała w to wierzyć, ale w tych warunkach już wszystko zdawało się prawdopodobne. Ich życie toczyło się nadal bez niej, z pewnością mieli dużo czasu, aby oswoić się z jej nieobecnością. Zapewne już dawno zapomnieli, że kiedyś była gdzieś obok nich.
      Co do jednego nie mylił się z pewnością, rodziców na pewno nie obchodziło jej zniknięcie. Podczas wojny uciekli do Ameryki, zostawiając jej część pieniędzy i pusty dom. Od tego czasu ich już nie widziała, chociaż co jakiś czas wysyłali jej listy, w których pisali głównie o sobie. Gdzie byli, co zobaczyli, gdzie ojciec znalazł pracę, gdzie matka robi zakupy. Oni, oni, oni. Nigdy żadnego pytania, czy ona sobie radzi sama i czy za nimi tęskni. Czy nie kończą jej się pieniądze na życie i nie czuje się samotna. Pozbyli się balastu w postaci córki i byli szczęśliwi gdzieś daleko, nie musząc się o nią martwić. Zapewne nie wrócili nawet z Ameryki na wieść o jej zaginięciu, pewnie cieszyli się, że dostaną tę resztę galeonów, które zostawili jej na utrzymanie.
      Usłyszała kroki i zadrżała. Wrócił... Chciała błagać go, żeby wreszcie ją dobił, chociaż i tak z pewnością by tego nie zrobił. Z jakiegoś powodu nadal trzymał ją przy życiu i była mu do czegoś potrzebna. Wzdrygała się na myśl o tym, co mógł dla niej szykować.
    - Witaj, Parkinson – rozległ się jego zniekształcony głos.
      Nie odezwała się, tylko skuliła jeszcze bardziej, jakby chciała stać się niewidzialna. Czy to już teraz? W końcu pokaże jej, po co trzymał ją tutaj tyle czasu? A może po prostu przyniósł jej jedzenie?
      Usłyszała, że zeskoczył do jej dołu i nabrała pewności, że nie chodzi o jedzenie. Wstała szybko i poczuła, że kręci jej się w głowie. Przywarła do ściany swojego więzienia, chociaż wiedziała, że nie ma szans uciec, może próbować na ślepo ganiać się z nim po tej małej powierzchni. Bardzo dobrze pamiętała, że gdy zszedł do niej ostatnim razem, rozciął jej rękę aż do mięśni. To nie wróżyło nic dobrego.
    - Uwierz mi, Parkinson, że zaboli mniej, jeżeli nie będziesz się wyrywać. Muszę tylko przypomnieć komuś, że nadal mam dwie zakładniczki. Zresztą trochę szkoda mi do tego Lovegood, to ciebie trzymam tutaj do takich rzeczy. Nie baw się ze mną w kotka i myszkę.
      Wiedziała, że ma rację, ale instynkt podpowiadał jej, żeby próbowała jakoś uciec. Serce biło jej tak szybko, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Już po chwili była przygwożdżona zaklęciem do ściany. Z jej piersi wydarł się szloch, chciała po prostu umrzeć w tym momencie. Niech ktoś się nad nią zlituje i po protu ją zabije.
      Mężczyzna złapał jej koścista dłoń wyciągnął ją w swoją stronę. Próbowała się wyrwać, ale był dla niej zbyt silny. Poczuła, jak wokół jej małego palca zaciska się zimny metal.
    - Nie, błagam, nie – zaskowyczała.
      Miała wrażenie, że ból, który rozlał się po jej dłoni oddzielił na chwilę jej zmysły od ciała. Jej własny krzyk docierał do jej uszu, ale była w tym wszystkim nieobecna. Chciała, żeby ten ból ją zabił. Czuła, jak opryskuje ją krew, tryskająca z miejsca w którym jeszcze chwilę temu był jej palec. Przerażenie mieszało się z niewyobrażalnym bólem.
      Mężczyzna zabrał swój łup i zaklęcie przytrzymujące jej ciało zniknęło. Upadła na ziemię. Miała wrażenie, że nadal czuje ten palec, ale jego już tam nie było. Nie mogła w to uwierzyć, to zdecydowanie wykraczało poza jej pojęcie piekła. Niedługo umrze i wreszcie to wszystko się skończy. Wyła z bólu przyciskając do siebie dłoń. Ból mieszał jej w głowie i nie mogła oddychać. Niech po prostu nastanie ciemność...
      Jej oprawca szybkim ruchem znowu złapał jej dłoń. Miała ochotę płakać jeszcze bardziej, gdy poczuła, jak nakłada na resztki jej palca miksturę i wiąże to wszystko materiałem.
    - Błagam, pozwól mi umrzeć – krzyknęła, dusząc się łzami. - Chcę po prostu umrzeć!
      Próbowała zerwać opatrunek, ale nie była w stanie. Chusta jakby zrosła się z jej ciałem. Ignorowała ból i próbowała z całej siły, byleby krew znów zaczęła lecieć. Byleby się wykrwawić. Mogła cierpieć, byleby to zakończyło się wiecznym spokojem. W panice czuła, że ból zaczyna słabnąć, musiała pozbyć się tego cholernego opatrunku zanim będzie za późno. Wreszcie oparła się o ścianę i zaczęła płakać z bezradności, nie mogła zrobić nic, aby to wszystko skończyć. Nawet to jej odebrał.
    - Wesołych świąt – powiedział wesoło.
    - Pierdol się – odpowiedziała głosem zachrypłym od krzyku i płaczu.

_____________________________________

Hejka! :*
Muszę przyznać, że naprawdę nie mogłam się doczekać, aż opublikuję ten rozdział, bo jestem z niego naprawdę zadowolona! :D No i jest trochę szybciej, bo mam trochę wolnego czasu.
Zabrałam się już za kolejny, co widać w informacjach na blogu i zmieniamy w nim trochę klimat. Zastanawiam się poważnie, czy nie podzieić go na dwie części, bo już teraz widzę, że wyjdzie mi horrendalnie długi i nie wiem, czy komuś będzie się chciało tyle czytać.