Rozdział VIII

         Świstoklik wylądował na ogromnej łące. Hermiona z trudem złapała równowagę, ale udało jej się stanąć na nogach. Draco i McGonagall wylądowali miękko i z gracją, mieli o wiele większe doświadczenie w podróżach tym środkiem. Dziewczyna zachwycona rozejrzała się po okolicy. Zielony teren rozciągał się aż po horyzont na lekko pagórkowym terenie, co dawało złudzenie, że nigdy się nie kończy. Dzień był piękny, poranne słońce przebijało się przez nieliczne chmury i złotymi promykami oświetlało różnokolorowe liście na licznych drzewach i pod nimi, leżące na nadal zielonej trawie. A potem spojrzała na ogromną rezydencję. Przez idealnie przystrzyżony trawnik biegła wyłożona żwirem ścieżka prowadząca do dworku. Budynek był spory, pomalowany na szaro, z białymi elementami przy licznych oknach rozrzuconych na trzech piętrach.
    - Panno Granger, idzie pani? - Hermiona usłyszała głos McGonagall i oderwała wreszcie wzrok od otoczenia.
        Dyrektorka i Malfoy patrzyli na nią wyczekująco, trzymając już swoje podróżne torby. Gryfonka złapała szybko wszystkie swoje rzeczy i ruszyła za nimi. Przy drzwiach wejściowych stało kilka doniczkowych, małych drzewek. Sam hall był bardzo przestronny i urządzony i jasnych, pastelowych pokojach. Po chwili przy recepcji pojawiła się kobieta dobiegająca do trzydziestki, ubrana była bardzo elegancko i, jak na gust Hermiony, miała zbyt wiele makijażu.
        McGonagall podała ich nazwiska i recepcjonistka uśmiechnęła się do nich promiennie.
    - Pani Minerwa McGonagall, pokój numer 5, piętro drugie. Pani Hermiona Granger, pokój numer 10, piętro trzecie. Pan Draco Malfoy, pokój numer 13, również trzecie piętro – czytała z wielkiej księgi gości, rozdając im klucze ozdobione małymi frędzelkami i blaszkami z wybitym numerem pokoju.
     - Jeszcze chwila – odezwała się dyrektorka, gdy jej uczniowie wzięli już swoje bagaże w rękę. - Uroczystość zaczyna się o godzinie dwudziestej, więc bądźcie gotowi trochę wcześniej. Sala znajduje się kilkanaście metrów stąd. Musicie wyjść z dworku i go obejść. Z pewnością ją zobaczycie. Do tego czasu macie czas wolny – uśmiechnęła się do nich delikatnie.
        Ruszyli w ciszy przez pastelowe wnętrza w poszukiwaniu swoich pokoi, wdrapując się po krętych, drewnianych schodach i zaglądając do mijanych pomieszczeń. Wreszcie, po dłuższej chwili kluczenia przez korytarze, zaleźli swoje pokoje. Hermiona z podekscytowaniem przekręciła klucz w zamku i westchnęła widząc swój pokój. Była w jasnych, beżowo-brązowych kolorach. Miał jednoosobowe łóżko z kolumienkami, dwa okna wybiegające na front rezydencji i małą kanapę z niskim stolikiem. Szafa nie była duża, z jasnego drewna i stojąca na nóżkach. Gryfonka szybko włożyła tam wszystkie ubrania, które wzięła ze sobą. Szybko podeszła, aby zobaczyć należącą do niej łazienkę. Pomieszczenie było dość duże, prawdopodobnie tylko trochę mniejsze, niż pokój. Na środku, ustawiona na dywanie w stylu skóry i futra zdartego ze zwierzęcia (Hermiona miała nadzieję, że jest jednak sztuczne), stała ogromna, wyprofilowana wanna na lwich łapkach. Dziewczyna patrzyła na nią zachwycona i już teraz miała ochotę nalać do niej wody i po prostu się tam położyć. Do przyjęcia miała jednak jeszcze trochę czasu, więc postanowiła poczekać z tym jeszcze kilka godzin. Teraz był czas na naukę, OWUTEMy to nie przelewki.


        Wreszcie nadszedł moment, gdy w spokoju mogła zacząć przygotowywać się do uroczystości. Wzięła długą, gorącą kąpiel, próbując przygotować się psychicznie do spotkania z Ronem. To z pewnością jej dzisiaj nie ominie...
        Zaczęła od ubrania sukienki. Miała głęboki, granatowy kolor i sięgała prawie do kolan. Góra była dość mocno wycięta, choć zakrywała wszystko, co powinna. Była dopasowana, a ilość materiału zwężała się aż do szyi, zakończona tasiemką ciasno przylegającą do jej gardła. Czuła się w niej lekko naga z niezakrytymi ramionami i miała nadzieję, że nikt nie uzna ją za wyzywającą. Dół puszczony był luźno. Pod dwoma warstwami lekko prześwitującego, lejącego się materiału, znajdowała się obcisła podszewka.
        Gryfonka zebrała luźne loki opadające na jej twarz i spięła je z tyłu spinką z granatowym kamieniem. Zadbała, aby reszta loków, sięgająca jej za łopatki, miała ładny, schludny kształt i nie sterczała w różne strony. Teraz zostało jej już tylko nałożenie lekkiego makijażu, choć pokusiła się o pasujący cień do powiek, i założenie szpilek w beżowym kolorze. Wszystkie potrzebne jej rzeczy spakowała do małej, srebrnej torebki. Westchnęła jeszcze, szykując się na to, co nieuniknione. 


        Sala balowa była spora. Nad głowami gości znajdowały się kryształowe żyrandole, a podłogi wręcz błyszczały. Pomieszczenie było przestronne i pięknie oświetlone tysiącami unoszących się lampek. Po równoległej stronie sali znajdowało się podwyższenie z mównicą, całe udekorowane na czerwono. Elegancko ubrani czarodzieje zbierali się szybko, zajmując miejsca przy wielu okrągłych stołach. Co chwilę ktoś przystawał aby pozdrowić Hermionę lub się przedstawić. Wchodząc do sali bardzo ładna kelnerka wręczyła Gryfonce kieliszek z powitalnym szampanem.
        W tłumie zbierających się osób Hermionie mignęła znajoma czarna czupryna przyjaciela.
    - Harry! - zawołała.
        Chłopak odwrócił się na dźwięk głosu i uśmiechnął się radośnie. Przecisnął się szybko pod prąd i Hermiona rzuciła mu się na szyję. Miała wrażenie, że nie widzieli się wieki i nabrała wrażenia, jakby obecność przyjaciela miała odgonić wszystkie złe rzeczy, które spotkały ją w ostatnim czasie. W jego objęciach poczuła się bezpieczna jak w domu. Ach, gdyby był z nią w tym roku w Hogwarcie, wszystko z pewnością wyglądałoby inaczej.
    - Widzę, że Draco też przyjechał – odezwał się były Gryfon radośnie.
    - Draco? - dziewczyna zmrużyła oczy podejrzliwie.
    - Chodź, musimy o czymś porozmawiać.
        Harry złapał ją za ramię i odciągnął od tłumu. Stanęli w pewnej odległości od ludzi i chłopak rozejrzał się, czy na pewno nikt ich nie usłyszy. Hermona coraz bardziej stawała się zainteresowana tą sprawą i tym, co przyjaciel ma jej do powiedzenia.
    - Posłuchaj chciałem powiedzieć ci o tym wcześniej, ale nie chciałem robić tego listownie. Teraz mamy dopiero okazję porozmawiać, szczególnie, że ty i Draco jesteście teraz Prefektami Naczelnymi. Czas chyba wybaczyć mu kilka rzeczy, Hermiono. On zrobił coś dobrego, ale nie mogę powiedzieć ci dokładnie co. Ryzykował własnym życiem i nie robił tego, by oczyścić swoje nazwisko, wymusił przysięgę, że zostanie anonimowy. Spłacił też swój dług, który zaciągnął, gdy uratowaliśmy mu życie.
        Gryfonka przez chwilę stała jak wryta. Zastanawiała się, co dokładnie zrobił Malfoy, ale nie chciała wymuszać tej odpowiedzi. Kto wie, może Draco kiedyś sam podzieli się z nią tą informacją, gdy będzie chciał.
    - Gdzie Ron? - zapytała z niepewnym uśmiechem, nie chcąc nadal drążyć tematu i nie narażać Harry'ego na zdradzenie więcej niż mógł.
        Harry zmieszał się w wbił wzrok w ziemię.
    - My jakby... Bo Ron... Po prostu my... Nie rozmawiamy ze sobą od czasu tamtego artykułu. Aż dziwię się, że ty chciałaś się ze mną przywitać.
        Hermiona musiała przyznać, że przez chwilę walczyła ze sobą, gdy zobaczyła przyjaciela. Była na niego wściekła za to, co zrobił Ginny, ale jednocześnie tęskniła za nim tak bardzo, że nie umiałaby go zignorować. Ginny z pewnością mogłaby to zrozumieć.
    - Harry, żeby było jasne... Nie pochwalam tego, nigdy nie byłam tak tobą zawiedziona jak w tamtym momencie i naprawdę nie wiem co strzeliło ci do głowy – odpowiedziała lodowatym głosem.
    - Ja wiem, ale to było... To był tylko ten jeden pocałunek Hermiono, przysięgam. Bardzo chciałem napisać do Ginny i błagać o wybaczenie, ale bałem się. Pomyślałem, że ty byś...
    - Słucham? - przerwała mu Hermiona cofając się. - Chyba żartujesz.
    - Hermiono, nie rozumiesz. Znalazłem się nagle sam, w całkiem nowej sytuacji. Daphne bardzo mi pomagała i zbliżyliśmy się do siebie, ale po tym artykule zerwałem z nią kontakt. Zupełnie mnie omotała, nie wiedziałem już co robić. Kocham Ginny i chcę z nią być. Naprawdę żałuję – w jego głosie pobrzmiewała prawdziwa rozpacz.
    - Mam uwierzyć, że gdyby artykuł nie powstał również zerwałbyś z nią kontakt skoro mógłbyś zostać bezkarny? Nie pisz do niej, nie kontaktuj się z nią. Ona naprawdę bardzo to przeżyła, ale jest już lepiej. Musisz żyć z tym, co zrobiłeś, ale Ginny pozostaw w spokoju – warknęła. - Przykro mi, ale muszę iść, zobaczyłam Rona.
        Była to świetna wymówka, a konfrontacji z chłopakiem i tak nie da rady uniknąć. Wypiła powitalny kieliszek za jednym razem, aby dodać sobie odwagi.
    - Hermiono – zawołał jeszcze za nią przyjaciel. - Świetnie wyglądasz – zawołał z uśmiechem, gdy się odwróciła.
        Podziękowała skinieniem głowy.


        Draco co chwilę dolewał sobie wina. McGonagall pozwoliła im na odrobinę alkoholu, ale dla każdego odrobina wygląda trochę inaczej. W trakcie przydługiej i nudnej przemowy Shacklebolta rozglądał się po wnętrzu i zgromadzonych ludziach. Pomieszczenie wyglądało o wiele biedniej, niż się spodziewał. Nic, co mogłoby wyróżnić je spośród wielu innych, które widział. Ostatecznie jego pokój też nie robił dobrego wrażenia, był raczej ciasny, z małym łóżkiem i niewygodną wanną. Wszędzie wokół niego siedzieli ludzie, część z nich znał tylko z widzenia, a reszta pracowała w Ministerstwie Magii jeszcze za czasów jego ojca. Nie zmieniało to faktu, że i jedni, i drudzy w najlepszym wypadku go ignorowali.
        Po każdym wrogim spojrzeniu rzuconym w jego stronę przez uczestnika tej żałosnej imprezy, pił trochę wina. W takim tempie raczej szybko skończy się jego wieczór. Kiedy przypadkiem trafił na spojrzenie Pottera, ten pozdrowił go z uśmiechem. Draco nie odpowiedział tym samym. Czuł się okropnie i chciał po prostu zniknąć. Przywykł do nienawiści ze strony ludzi, ale wtedy miał swoją tarczę, swoje nazwisko. Teraz to wszystko było gówno warte, a jemu pozostawało jedynie wino, aby jakoś ten wieczór przeżyć.
    - Draco? - usłyszał za sobą znajomy głos i odwrócił się szybko.
    - Madelaine, co ty tu robisz? – posłał dziewczynie najszerszy uśmiech na jaki mógł się zdobyć, ale i tak wypadł dość blado.
        Szczupła, wysoka dziewczyna ubrana w strój kelnerki uśmiechała się do niego radośnie. Nie zmieniła się wiele od wakacji. Czarne, falowane włosy sięgały jej trochę za ramiona. Madelaine nadal była blada, z uroczymi rumieńcami, a w jej jasnoniebieskich oczach błyskały płomyki. Młody Malfoy musiał przyznać, że trochę za nią tęsknił. Poznali się tego lata i łączyło ich coś, co przypominało romans. Zero angażowania się, zero zazdrości i kłótni. Obojgu ten układ bardzo odpowiadał i gdy wyjeżdżał do szkoły, rozstali się jako przyjaciele. Bez łez i rozpaczy.
    - Załapałam sobie dodatkową pracę, aby trochę dorobić. To duże wydarzenie, z pewnością uczestnictwo mi nie zaszkodzi. Ale chyba ty nie cieszysz się z mojego widoku – zmrużyła oczy, bacznie mu się przyglądając.
    - Cieszę się, oczywiście. Ale nie czuję się tu dobrze, to nie moje towarzystwo – szepnął, zbliżając do niej twarz, aby siedzące niedaleko osoby nie mogły go usłyszeć.
    - Możemy coś na to zaradzić – odszepnęła, dolewając mu wina i mrugnęła do niego.
        Odeszła od jego stolika kręcąc biodrami i Draco doszedł do wniosku, że do tej pory stanowczo nie zdawał sobie sprawy jak bardzo za nią tęsknił.


        Szukając toalety obiecał sobie, że nie tknie już wina tego wieczoru. Już teraz lekko szumiało mu w głowie i nawet nie chciał myśleć, ile plotek by spowodował, gdyby upił się bardziej. Upadły arystokrata osiąga kolejny poziom dna psując podniosłą uroczystość. O ile w jego reputacji dało się popsuć jeszcze cokolwiek, a w to szczerze wątpił.
        Już chciał wyjść za róg, aby kontynuować swoją misję poszukiwawczą, gdy usłyszał podniesiony głos Hermiony i zatrzymał się gwałtownie. Z jednej strony nie chciał podsłuchiwać, ale z drugiej...
    - Ktoś tam był i wszystko widział – w jej głosie pobrzmiewała wściekłość pomieszana z nutą rozpaczy.
    - Tłumaczę ci po raz setny, że byliśmy tam sami – odezwał się Weasley. - To nie ma nic wspólnego z tą sprawą.
    - Przestań wreszcie podważać wszystko, co mówię –
krzyknęła, ale szybko się opamiętała, bo kolejne zdanie wypowiedziała tak cicho, że Draco musiał wytężyć słuch. - Ten ktoś istnieje i aktualnie zamienia moje życie w piekło.
        Chociaż Draco ich nie widział, mógł przysiąc, że Granger jest bliska płaczu. Głos łamał jej się, gdy kończyła swoje wypowiedzi. Wyjrzał ostrożnie zza rogu. Para stała naprzeciw siebie, spojrzenie Gryfonki mogło ciskać z oczu iskry, za to Weasley stał tyłem, więc Malfoy nic nie mógł dowiedzieć się na temat jego emocji.
    - Panna Granger, pan Waesley! - zagrzmiał głos Shacklebota i Draco szybko schował się za bezpieczny róg.
    - Witam panie ministrze – dziewczyna musiała być naprawdę dobrą aktorką, jej głos nagle przybrał łagodny, lekko wesoły ton.
    - Gratuluję zaręczyn, to naprawdę świetna wiadomość.
    -
Kogo podsłuchujemy? - Draco podskoczył gwałtownie na dźwięk głosu Madelaine zaraz koło swojego ucha.
    - Nikogo – odpowiedział mechanicznie.
    - Powinniśmy się zmywać, bo ten nikt będzie zaraz tędy przechodził – złapała go za rękę i pociągnęła za sobą korytarzem w stronę sali bankietowej.


        Draco przyglądał się parom na parkiecie i nadal popijał wino, tym razem w zdecydowanie mniejszych ilościach i wolniejszym tempie. Właściwie nie ruszał się ze swojego miejsca, oprócz tej jednej wycieczki, gdy udało mu się podsłuchać sprzeczkę Granger i Weasleya. Nadal zastanawiał się o co dokładnie im poszło, bo i tak był to zdecydowanie najbardziej interesujący moment tego wieczoru. Może kiedyś wypomni jej to przy sprzyjającej sytuacji i dowie się czegoś więcej...
        Zbliżała się dopiero dziesiąta, a on już miał ochotę położyć się we własnym łóżku i iść spać.
    - Chcesz się na chwilę wyrwać? Mam przerwę – Madelaine znów pojawiła się obok jego stolika i uśmiechnęła do niego wesoło.
    - A znasz jakieś miejsce, do którego moglibyśmy się udać? - zapytał.
        I tak każde miejsce wydawało się lepsze od tego, gdzie jedyne co widział to wrogie spojrzenia.
    - Jeżeli nie przeszkadza ci pomieszczenie gospodarcze – szepnęła, posyłając mu zalotne spojrzenie.
        Wstał bez namysłu i dał się poprowadzić. Szczerze wątpił, aby ktokolwiek zauważył jego zniknięcie na pół godziny, a to, że spotkał tu Madelaine było prawdziwym szczęściem. Naprawdę ją lubił i była prawdopodobnie jedyną osobą w tym pomieszczeniu, która cieszyła się z jego obecności. Te kilka minut w obecności kogoś, dla kogo znaczył cokolwiek było dla niego miłą odmianą.
        Szedł o krok za nią, patrząc, jak jej włosy delikatnie falują. Przystanęła w końcu pokazując mu drzwi. Otworzył je bez namysłu i zamarł.
    -Idźcie sobie, byłam tu pierwsza – chlipnęła siedząca na skrzynce Granger.
        Draco w osłupieniu wpatrywał się w jej zaczerwienioną twarz, rozmazany makijaż i rozzłoszczoną minę. Przez chwilę do jego lekko otępiałego od wina mózgu docierało, co właśnie widzi.
    - Bardzo cię przepraszam, Madelaine, ale to wygląda na sytuację awaryjną. Czy moglibyśmy jednak przełożyć nasze plany na trochę inny termin? - zapytał nadal wpatrując się w Gryfonkę.
        Odczekał chwilę, aż jego towarzyszka odejdzie na bezpieczną odległość i w końcu się odezwał.
    - Co się dzieje, Granger? - zapytał marszcząc brwi.
    - Chcę być sama, nie zrozumiałeś? A gdyby przyłapała cię z nią McGonagall miałbyś problemy.
        Westchnął, wszedł do ciasnej komórki i zamknął za sobą drzwi. Ciemność wokół niego była tak głęboka, że musiał zapalić różdżkę, aby zlokalizować, gdzie dokładnie znajduje się Hermiona. Przysunął do siebie najbliżej stojące wiadro, odwrócił je dnem do góry i usiadł na tej zbyt małej, niewygodnej powierzchni.
    - Nie wyjdę, aż nie powiesz mi, czemu siedzisz tu sama i ryczysz.
    - To nie jest twoja sprawa.
    - Nie zachowuj się jak dziecko. Zadałem proste pytanie i oczekuję odpowiedzi. Co się stało, Granger?
        Przez chwilę słyszał tylko jej oddech i pociąganie nosem. Powoli szykował się psychicznie na wybuch płaczu, a z tym nie umiał sobie radzić.
    - Pokłóciłam się z Ronem – odpowiedziała w końcu żałosnym tonem.
        No tak, to akurat wie. Uznał jednak, że nie jest to najlepszy moment, aby się przyznać, więc udawał nieświadomego. Przy odrobinie szczęścia sama mu powie.
    - Coś poważnego?
    - Jeszcze nie wiem, jak to się skończy.
    - To chyba on powinien tu siedzieć i płakać. Ma do stracenia jedyny inteligentny pierwiastek w swoim życiu -parsknął.
    - Możesz stąd wyjść albo przynajmniej się nie odzywać? - wyczuł w jej głosie wściekłość, wiec zaprzestał dalszych prób żartowania.
        Siedzieli przez chwilę w zupełnej ciszy i ciemności. Do uszu Dracona docierał tylko dźwięk je przerywanego oddechu i był pewny, że znowu płacze, ale próbuje to przed nim ukrywać jak tylko może, tłumiąc to w sobie. W końcu, nie mogąc już tego słuchać, odezwał się.
    - Powinnaś stąd wyjść. Szkoda tak ładnego makijażu, nie zasługuje, aby skończyć rozmazany na twoich policzkach.
    - Ktoś zrobił ci pranie mózgu w te wakacje? - zapytała po chwili milczenia.
        Posłał w jej stronę zirytowane spojrzenie, choć i tak nie mogła go zobaczyć.
    - Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek usłyszę z twoich ust epitet „ładny” skierowany w jakąkolwiek część mnie. Kim jesteś i dlaczego podszywasz się pod Dracona Malfoya? - usłyszał w jej głosie kpinę.
    - Nie zadałaś mi dziś rano pytania sprawdzającego, mogę być kimkolwiek, Granger – zaśmiał się. - Spokojnie, możesz sobie to teraz darować, nikt tego dnia nie chciałby być mną, możesz odetchnąć.
    - Skoro nikt się pod ciebie nie podszywa, to co się w tobie zmieniło? Ty cały czy po prostu ktoś trafił cię jakimś skutecznym zaklęciem i uszkodził część mózgu odpowiedzialną za bycie socjopatycznym dupkiem?
    - Jesteś naiwna, ludzie się nie zmieniają, Granger.
    - To co się stało z twoim wrednym charakterkiem? - zakpiła.
        Zastanowił się przez chwilę nad odpowiedzią i nad tym, czy chce być z nią całkowicie szczery. W ciemności było mu łatwiej zdobyć się na powiedzenie prawdy. Ani ona nie mogła zobaczyć wyrazu jego twarzy, ani on jej reakcji. Mógłby wyrzucić to z siebie czując się bezkarny, jakby jej nie było i po prostu mówił w otaczającą go ciemność.
    - Po prostu wszystko straciłem. Moja reputacja i pozycja legły w gruzach, ideały, w które wierzyłem, upadły. Łatwo jest mieć wszystko gdzieś, gdy nie ma się już nic. Nie dbam już o moje stare wartości, próbuję ułożyć sobie życie na nowo, bo inaczej chyba bym zwariował, myśląc o tym, co straciłem. Widzisz spojrzenia wszystkich ludzi tutaj w moją stronę? Uważają mnie za drugą kategorię, którą kiedyś byłaś dla mnie ty. Naprawdę trudno jest mi się odnaleźć w tym wszystkim.
        Chociaż próbował to zamaskować, miał świadomość, że w jego głosie pobrzmiewa żal. Przynajmniej to z siebie wyrzucił, po raz pierwszy od kilku miesięcy poczuł się trochę lepiej, mówiąc to. Wzdrygnął się, gdy Hermiona położyła mu dłoń na ramieniu.
    - Powinnaś czuć satysfakcję – warknął.
    - Nie jestem taką osobą. Nie umiem cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia, nawet, jeżeli chodzi o ciebie.
        Poczuł się nagle skrępowany jej bliskością i dotykiem. Przez jej słowa poczuł się jeszcze gorzej, już chyba wolałby, gdyby powiedziała mu, że na to wszystko zasłużył.
    - Powinniśmy już iść – wstał gwałtownie, otworzył drzwi i wyciągnął do niej rękę. - Może nawet z tobą zatańczę.
    - Próbujesz naprawić swoją reputację czy zrujnować moją? - zaśmiała się, otarła ostatnie łzy i złapała jego dłoń.


        Siedząc przy stoliku poszła w ślady Dracona, od którego czuła alkohol, i sięgnęła po kieliszek wina. Kilka łyków z pewnością jej nie zaszkodzi, a i tak nie miała już ochoty na nic tego wieczoru. Siedziała niedaleko dwóch starszych czarownic, których najwidoczniej jedynym celem wizyty w tym miejscu było zbieranie najświeższych plotek. Hermiona, trochę niezależnie od swojej woli, słyszała większość tego co mówią i powoli zaczynało ją to już nużyć. Obgadywanie innych ludzi nigdy nie było jedną z jej ulubionych form rozrywki, a słuchanie, jak czynią to obce rozmowy było jeszcze bardziej irytujące i nudne.
    - Jak on śmie pokazywać się tutaj o tym co on i jego rodzina wyrządzili w naszym świecie? - słysząc to panna Granger poczuła jednak odrobinę zainteresowania i nadstawiła uszu.
    - Malfyowie nigdy nie mieli wstydu czy honoru, paraduje tutaj dumny z siebie – odezwała się druga czarownica, która pod kilogramem makijażu ukrywała problem z pogodzeniem się z przemijającym czasem.
    - Nie wiem jakim prawem ktoś go tutaj wpuścił, gdyby ten chłopak miał choć trochę skruchy nie pokazywałby się w towarzystwie uczciwych, porządnych ludzi.
        Hermiona czuła buzujący w niej gniew i wypiła kieliszek wina jednym haustem, od razu dolewając sobie więcej. Na usta cisnęło jej się kilka niecenzuralnych słów pod adresem jej towarzyszek, ale siedziała cicho. Nienawidziła takich ludzi, których jedyną radością z życia był jad i złośliwość. Spojrzała na siedzącego po drugiej stronie sali samotnego Dracona.
    - Sama widzisz, moja droga Margaret, że wszyscy unikają go jak ognia. Dobrze wiedzą, jakim szatańskim pomiotem jest ten chłopak.
        Nie wytrzymała. Wstała agresywnie, aż krzesło za nią zawalczyło z grawitacją. Dwie czarownice spojrzały na nią z zaskoczeniem, na co odpowiedziała pogardliwym spojrzeniem. Pewnym siebie krokiem ruszyła przez całą salę walcząc ze swoją nieumiejętnością poruszania się na obcasach z taką prędkością. Wyhamowała wreszcie przed stolikiem Dracona.
    - Obiecałeś mi taniec – warknęła.
        Chłopak spojrzał na nią zaskoczony i rozejrzał się po prawie pustym parkiecie. Teraz byliby idealnie widoczni i nikt nie przeoczyłby ich tańca.
    - Granger, nie jestem pewien, czy to dobry pomysł w tej chwili...
    - Wstawaj! - czuła jak rośnie w niej gniew na te dwie stare czarownice, które z pewnością teraz ją obserwowały i kibicowały jej, aby powiedziała kilka ostrych słów temu szatańskiemu pomiotowi.
    - Słuchaj, ja naprawdę chciałbym, ale... - odezwał się niepewnie, wciąż rozglądając się po zgromadzonych ludziach.
    - Draconie Lucjuszu Malfoy, obiecałeś mi ten cholerny taniec, więc wstawaj w tym momencie, zanim będę musiała siłą wyciągnąć cię na sam środek parkietu. Zachowaj się jak gentleman i nie każ mi czekać. Uwierz mi, że nie chcesz kazać mi czekać. – Musiał zobaczyć w jej oczach ten gniew który płonął w jej wnętrzu, bo spojrzał na nią jakoś inaczej i wstał z ociąganiem.
        Złapała go za rękę i zaczęła ciągnąć za sobą na sam środek ani na chwilę nie zwalniając. Starała się nie patrzeć w stronę swojego stolika, ale wściekłość i mściwa satysfakcja jej nie opuszczała. Chłopak musiał podbiegać, aby nie wyglądać, jakby był zaciągany tam za karę, ale jego wyraz twarzy zdradzał, że nic z tego nie rozumie.
    - Jesteś całkowicie pewna, że chcesz tańczyć akurat w tym momencie? - zapytał rozglądając się po opustoszałym parkiecie.
    - Ręce na moją talię, Malfoy – warknęła rozkazującym tonem.
        Chłopak posłusznie spełnił jej polecenie. Gwałtownie położyła dłonie na jego ramionach wbijając paznokcie. Wściekłość na ludzkość nadal w niej buzowała.
    - Posłuchaj, Granger, mogłabyś zostawić sobie zabawy z drapaniem do łóżka? Nie znam preferencji Weasleya, ale ja w tym momencie odczuwam lekki dyskomfort.
    - Przepraszam – szepnęła i rozluźniła dłonie.
        Uspokajała się powoli kołysząc się powoli w ramionach Dracona w rytm muzyki. Nie odzywali się do siebie i Hermiona nie chciała przerywać tego milczenia. Jego dotyk sprawiał jej lekki dyskomfort, ale nie mogła się teraz wycofać. Niech patrzą. Niech widzą, że ona nie ma do niego żalu. Harry twierdzi, że Draco zrobił coś dobrego i ważnego, chociaż nie wiedziała co, to była skłonna mu uwierzyć. Wiedziała też, że Malfoy jednak ma serce, naprawdę boi się o Pansy i cierpi z powodu tego wszystkiego co się stało. Może nie był dobrym człowiekiem, ale nie zasługiwał na te wszystkie złe słowa od osób, które znały go tylko z widzenia. Pomógł jej dziś, zobaczył, że płacze i nie uciekł z krzykiem, nie wyśmiał jej, po prostu siedział i starał się być jak najmniej irytujący. Zasłużył chociaż na tyle, aby ludzie teraz widzieli, że czas wybaczyć i zapomnieć o pewnych sprawach.
    - Zaskakująco ładnie dziś wyglądasz, pasuje ci ten kolor – szepnął z uroczym uśmiechem.
    - Po prostu tańcz – odpowiedziała.
    - Dziękuję – powiedział jeszcze i poczuła, jak mocniej ścisnął jej talię.
    - Za co? - zapytała zaskoczona podnosząc wzrok i patrząc na jego twarz.
        Muzyka nadal była spokojna i powolna, a Draco milczał przez chwilę, jakby rozważał, co ma jej odpowiedzieć.
    - Wiem, co o mnie mówią, szczególnie dzisiaj, w tym miejscu, przy takiej okazji. Wiem, dlaczego podeszłaś i jestem wdzięczny. Dużo to dla mnie znaczy, Granger – spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się smutno.
    - Nie myśl o tym teraz, to nie ma sensu, po prostu tańczmy.
        Skinął lekko głową. Hermiona poczuła, jak resztki gniewu zamieniają się w smutek. Nigdy wcześniej Malfoy nie powiedział jej nic tak miłego i osobistego, więc czuła się nieswojo, ale przez chwilę obnażył się przed nią i dostrzegła w jego oczach wielkie przygnębienie. Z samego szczytu hierarchii stoczył się niespodziewanie na sam dół i był pewna, że upadek musiał boleć.
        Piosenka minęła, a oni nadal kołysali się razem w rytmie spokojnej ballady. Hermiona czuła jego smukłe palce na swojej talii i dawała mu się prowadzić. Musiała przyznać, że poruszał z się z gracją, której na próżno było szukać u Rona czy Harry'ego.
    - Chyba wszyscy już nas widzieli – szepnął do jej ucha.
    - Tak, masz rację. Odprowadź mnie do stolika – odpowiedziała, choć tak naprawdę przeczekałaby jeszcze do końca utworu, bo pewnie nieprędko będzie miała jeszcze okazję zatańczyć.
        Dała mu się poprowadzić aż do jej miejsca. Ukłonił jej się jeszcze na odchodne z zawadiackim uśmiechem i zostawił samą z pełnymi oburzenia spojrzeniami rzucanymi w jej stronę. Dwie starsze czarownice wpatrywały się w nią, jakby właśnie obwieściła, że zamierza wymordować połowę zgromadzonych osób tańcząc przy tym wesoło. Wypiła kilka łyków wina i odwróciła się w ich stronę.
    - Czy mają panie coś przeciwko mojemu przyjacielowi? - zapytała z najbardziej uroczym uśmiechem na jaki było ją stać.
        Obie kobiety natychmiast spojrzały w swoje talerze i z ożywieniem zaczęły komentować między sobą jedzenie i wystrój sali. Hermiona uśmiechnęła się triumfalnie nakładając sobie porcję sałatki.
       


        Harry podszedł do niej niespodziewanie, gdy kończyła już jeść. Nawet nie miała tego wieczoru zbyt wielu okazji do rozmowy z nim, z to oboje odbyli setki konwersacji z ludźmi, których ledwo znali lub widzieli pierwszy raz w życiu.
    - Przyszedłem się pożegnać – powiedział ze smutnym uśmiechem. - Rano wzywają nas obowiązki i niestety nie możemy zabawić tu dłużej.
    - A Ron?
    - Wyszedł już chwilę temu, jeżeli dobrze widziałem.
        Westchnęła. Była wściekła na Rona, że ani trochę nie wziął na poważnie tej sytuacji, ale nie był to powód, aby wychodzić bez pożegnania. Wystarczyłoby zwykłe machnięcie, na tyle chyba zasługiwała. Mimo tego, co stało się w wakacje... Mimo tego, że patrząc na niego widziała tamtą noc i nie mogła pozbyć się wizji jego twarzy, zapomnieć jego słów. Musimy pozbyć się ciała, Hermiono... Nikt nie może wiedzieć, bo wtedy nie będę już umiał ci pomóc. Musisz być silna, musisz nauczyć się z tym żyć... Nadal jednak nie wiedziała jak i wszystko wracało do niej w najgorszych koszmarach. Nie mogła po prostu funkcjonować po tym, co się stało, po tym, co zrobiła. Jej ciało odmówiło jej tamtej nocy posłuszeństwa, system obronny kazał jej wyrzucić z siebie całą zawartość żołądka, jakby to mogło pozbyć się nawet toksyn, które miała w sercu. Leżała spocona na zimnej, kafelkowej podłodze krztusząc się łzami i próbując złapać oddech przed kolejną falą mdłości, które wracały na każde wspomnienie tego okropnego momentu.
        Harry przytulił ją mocno na pożegnanie, obiecując, że z pewnością wyśle do niej list, w co i tak nie uwierzyła.


        Sala wreszcie zaczęła pustoszeć i Hermiona z ulgą przyjęła, że niedługo będzie mogła udać się do swojego pokoju i położyć. Draco zniknął już jakiś czas temu, zapewne z tamtą dziewczyną albo udał się już spać, a McGonagall właśnie żegnała się z ostatnimi gośćmi. Gryfonka uznała wreszcie, że nie ma na co już czekać, zabrała torebkę, płaszcz i ruszyła w stronę wyjścia. Miała już zdecydowanie dość tego miejsca i tego przyjęcia.
        Owiało ją zimne, listopadowe powietrze. Od razu wyszukała sobie klucz od pokoju, aby nie sterczeć potem na korytarzu i nie przeszukiwać torebki. Z trudem przemierzała żwirową drogę na wysokich obcasach i marzyła już tylko o wannie i łóżku.
        Wdrapała się wreszcie po krętych drewnianych schodach i stanęła przed swoimi drzwiami. Dawno nie czuła tak ogromnej ulgi, że znajduje się sama ze sobą, bez gwaru, muzyki i obcych ludzi.
        Przekręciła klucz w zamku i weszła pewnie do pomieszczenia. Od razu poczuła, że coś jest nie tak. W niewietrzonym pokoju unosił się charakterystyczny zapach, który kojarzył jej się tylko z jednym. Zapaliła szybko światło i wrzasnęła. Od widoku krwi, w którym skąpany był jej pokój zakręciło jej się w głowie. Czerwona ciecz była wszędzie. Spływała litrami po podłodze, obmywając jej jasne buty. Wsiąkała w jasną narzutę na łóżku i kapała powoli ze stolika. Poczuła jak robi jej się słabo i zdołała zarejestrować jeszcze ociekający napis na ścianie.

Następnym razem będzie twoja.

        Czuła, jak nie może ustać na nogach, które gwałtownie się pod nią ugięły. Zdążyła pomyśleć już tylko o tym, że leci na spotkanie spływającej po podłodze czerwieni.


________________________________________

Hej, hej! :*
Rozdział jednak trochę wcześniej, bo nie wiem jak będę wyrabiała z czasem we wtorek. Mam nadzieję, że nie przeszkadza Wam długość, bo jakoś mi się rozrósł. Wreszcie nie pisałam od presją czasu i jestem naprawdę zadowolona z tego rozdziału. Myślę, że jest zauważalnie wyższej jakości, niż przynajmniej dwa poprzednie! Kolejny rozdział jest już w połowie ukończony, więc mam ogromny zapas czasu.
A jeżeli spodobał się komuś opis dworku, to takie miejsce naprawdę istnieje (choć bez sali balowej) i po prostu musiałam je tu umieścić, bo to najpiękniejsze miejsce w którym byłam!

Rozdział dla Lithine, mam nadzieję, że zaspokoi trochę Twoje niedobory miłości :*

Dajcie znać, jak podobał Wam się rozdział i do następnego! :D

Rozdział VII

      Zaczęło świtać, gdy Hermiona wreszcie zasnęła. Był to słaby, niespokojny sen, przerywany wierceniem się po łóżku i koszmarami. Przez całą noc myślała tylko o nożu ukrytym w jej kufrze i eliksirze wielosokowym, którym dysponuje jej oprawca. Przeanalizowała swoją sytuację po stokroć i doszła do wniosku, że będzie musiała kolejnej nocy zakopać narzędzie zbrodni, zanim ktoś go odnajdzie. Ta opcja jako jedyna wydawała się jej bezpieczna. Ostatnie wydarzenia znów uaktywniły w niej pierwotny instynkt przetrwania za wszelką cenę. Zupełnie, jak podczas wojny… Nie uniknie też rozmowy z Draconem Malfoyem, nie może ryzykować, że morderca przybierze jego postać i pozna jej plany. Bądź będzie udawał ją… Był w jej dormitorium, z pewnością zabrał pozostawione na szczotce włosy. Nie da rady sprawdzać reszty przyjaciół, bez wzbudzania podejrzeń, więc będzie musiała, w miarę możliwości, się od nich odciąć. To dla bezpieczeństwa ich i jej planu. Mimo wszystko chciało jej się płakać na myśl, jak bardzo te jedna noc zmieniła jej życie, które teraz wyrwało jej się spod kontroli. Po prostu istniała bez żadnego planu, po prostu chciała przeżyć. Dlatego zakopie nóż i będzie chroniła swoich bliskich. Nie było to rozwiązanie idealne, ale na lepsze nie udało jej się wpaść tej stresującej nocy. Po prostu przeżyć...


      Podczas śniadania, które przeżuwała mechanicznie, nie skupiając się nawet na produktach, które właśnie trafiają do jej żołądka, próbowała zapanować nad emocjami. Po dwóch godzinach przerywanego snu nie była w stanie myśleć, więc już drugi raz dolewała sobie kawy. Przez monetę wysłała Malfoyowi sygnał SOS i obserwowała, jak wyraz jego twarzy zmienia się, gdy poczuł charakterystyczne wibracje, miała nadzieję, że mimo gwaru w Wielkiej Sali, usłyszał też dźwięk. Gdy chłopak spojrzał na nią ze swojego miejsca, była już pewna, że tak. Dała mu czas na wykonanie ruchu. Czy potraktuje to poważnie? Zostawił niedojedzony posiłek i podniósł się z swojego miejsca. Hermiona automatycznie zrobiła to samo. Poczuła odrobinę wdzięczności, że nie kazał jej na siebie czekać, ani jej nie zignorował. Nie zwracała uwagi na to, że prawie nic nie zjadła, ciężko przechodziło jej przez gardło nawet to kilka kęsów jajecznicy.
      Wyszła z pomieszczenia zaraz za chłopakiem i oboje skierowali się szybko w kierunku opuszczonych sal lekcyjnych, gdzie mogliby spokojnie porozmawiać. Trzymała lekki dystans, aby nikt nie pomyślał, że idą razem i dała mu się prowadzić przez prawie puste korytarze. Co chwilę oglądała się za siebie, aby upewnić się, że nikt ich nie obserwuje. Wolałaby uniknąć niewygodnych pytań i podejrzeń. Gdy wreszcie znaleźli się w bezpiecznym miejscu, nie dała dojść Draconowi do słowa. Chciała działać szybko i mieć już tę stresującą sytuację za sobą. Musiała ostrzec go jak najszybciej.
    - Jak zginął Zgredek? – zapytała, wyciągając różdżkę i celując w szyję chłopaka.
      Miała nadzieję, że takie pytanie wystarczy, by go sprawdzić. Na dobrą sprawę nie przychodziła jej do głowy żadna inna sytuacja z nim związana. Nigdy nie zostawali sam na sam, a jeżeli już, to nie działo się nic wartego zapamiętania. Miała tylko nadzieję, że mordercy nie było wtedy w jego posiadłości albo, że nieświadomie nie podzielił się nią ze zbyt wielką ilością osób.
    - Zwariowałaś – prychnął, patrząc na nią zaniepokojony.
    - Odpowiadaj – warknęła, dźgając go końcem różdżki, nie chciała dać mu zbyt wiele czasu na zastanowienie.
    - Prawdopodobnie od noża, którym trafiła go Bellatrix w moim domu, gdy pomógł wam w ucieczce.
    -Czy rozmawiałeś ze mną od wczorajszego dnia? – opuściła różdżkę, ale nadal miała ją w pogotowiu. Teraz padło najważniejsze pytanie. Co jeżeli zabójca zabrał jej włosy, a potem wrócił do Pokoju Wspólnego Slytheriunu pod jej postacią i jakimś pretekstem?
    - Nie, Granger… Dobrze się czujesz?
    - Od teraz za każdym razem, gdy się widzimy, zadawaj mi pytanie sprawdzające, to bardzo ważne. I koniec tego tematu.
      Wyglądał, jakby chciał jednak drążyć ten temat. Patrzył na nią trochę spokojniej i leniwym ruchem poprawił włosy.
    - Dlaczego wysłałaś mi sygnał SOS? – zapytał, wciąż bacznie się jej przyglądając.
      Nagle po całym zamku rozległ się wzmocniony magicznie głos profesor McGonagall, uwalniając Hermionę od odpowiedzi. Przebił się przez wszelkie mury i brzmiał jak zapowiedź katastrofy.
    - Prefekci naczelni proszeni są o pojawienie się w moim gabinecie.      Dziewczyna poczuła, jak przechodzą ją ciarki. Coś musiało się stać...



       Luna w samotności jadła kiełbaskę. W samotności, jak zwykle. Nie miała w Ravenclawie zbyt wielu znajomych, ale nie winiła ich za to, że nie chcą z nią rozmawiać. Nie chcieli zrozumieć wielu spraw z otaczającego ich świata. Na szczęście miała swoich przyjaciół, choć ostatnimi czasy nie spędzała z nimi wiele czasu. Nie przeszkadzało jej to jednak szczególnie. Była prawie sama całe życie. Tylko ona i jej tato. Rówieśnicy nigdy nie akceptowali specyficznego światopoglądu. No nic, miała przecież bliskich sobie ludzi. Nawet, gdy nie było ich przy niej, wiedziała, że zawsze może na nich liczyć.  Neville, Harry i Ron skończyli już szkołę, więc zostały jej tylko Hermiona i Ginny, które nie miały dla niej zbyt wiele czasu. Czuła się trochę samotna, ale powitała tę samotność jak przyjaciela. Przez tyle lat radziła sobie bez nikogo, więc przetrwa i tym razem. Mimo wszystko potrzebowała teraz wsparcia. Ostatnie przeżycia i zamknięcie w dworze Malfoyów odcisnęły na niej swoje piętno. A teraz pojawił się On, był miły i wydawało jej się, że naprawdę ją rozumie. Chociaż tak naprawdę nigdy nie podejrzewała, że zainteresują kogoś nargle tak bardzo, jak jego… Mogła godzinami rozpisywać się o swoim życiu, a on zawsze odsyłał sowę z taką ilością ciepłych słów. Nie spotykali się jednak zbyt często, prawdopodobnie był po prostu nieśmiały i wolał drogę listowną. Uśmiechnęła się na myśl o nim.
    - Ej, Pomyluna! – odwróciła się w stronę cienkiego głosu, który ją zawołał i kilku chichotów.
       Kawałek jajecznicy przemknął zaraz koło jej głowy wśród szyderczego rechotu i wylądował na podłodze. Kilku starszych Krukonów rzuciło w stronę trzecioklasistów zirytowane spojrzenia.
    - Nudzi wam się, gówniarze? – niski głos przechodzącego obok Zabiniego zadźwięczał jej w uszach.
      Idący obok Teodor Nott uśmiechnął się do niej współczująco i smutno. Odwzajemniła uśmiech, ale włożyła w niego trochę więcej radości. W końcu zawsze wydawał jej się taki zagubiony.
      Trzynastoletni Krukoni skulili się pod naporem wrogiego wzroku starszego, rosłego Ślizgona.
    - Trochę szacunku – mruknął jeszcze gdy mijali ich w drodze do swojego stołu.
      Luna posłała złośliwym dzieciakom pogodny uśmiech. Takie szaleństwa i złośliwości przejdą im z wiekiem, więc dlaczego miałaby ich teraz winić? Oni jednak unikali jej wzroku, jakby bali się, że Ślizgon wróci zaraz, aby spuścić im łomot.
      Rozejrzała się po Wielkiej Sali, Ginny nigdzie nie było, za to Hermiona siedziała i wpatrywała się w stronę stołu Slytherinu. Krukonce przeszło przez myśl, aby podejść do niej i porozmawiać, ale w tym momencie dziewczyna wstała. Luna westchnęła i wpatrzyła się w swój talerz. Sama, jak zawsze.





      Hermiona jako pierwsza puściła się biegiem w stronę drzwi, a Draco podążył w ślad za nią. Pędem pokonywali schody i korytarze, aby jak najszybciej usłyszeć nowe, z pewnością tragiczne, wieści. Dziewczyna powoli traciła siły, ale zmuszała swoje mięśnie do jeszcze odrobiny wysiłku, chociaż nie była pewna, czy nie padnie zaraz przed gabinetem z wycieńczenia. Jak najszybciej chciała mieć już te wieści za sobą, jak złe by one nie były. Wszystko było lepsze od niepewności.
      McGonagall czekała na nich tuż przed ogromną chimerą. Oboje jak na zawołanie próbowali wyhamować po szaleńczym biegu, gdy dostrzegli, że kąciki jej warg układają się w lekki uśmiech. Zgięci w pół, próbując złapać oddech, patrzyli na nią zaskoczeni.
    - Znaleźli ją? – w głosie Dracona pobrzmiewała tak wielka nadzieja, że Hermiona aż bała się usłyszeć odpowiedź.
      Lekki uśmiech na twarzy dyrektorki przygasł i pokręciła delikatnie głową. Nie mówiąc nic więcej machnęła różdżką i posąg odsunął się, ukazując im schody. Cała trójka ruszyła nimi powoli. Gryfonka nadal nie odzyskała pełni sił, więc szła kilka schodów za nimi. Z ulgą weszła do gabinetu. Wreszcie jakaś płaska powierzchnia.
    - Chciała nas pani widzieć – odezwał się Malfoy.
    - To prawda, zbliża się spore wydarzenie. W przyszłą sobotę będzie miało miejsce oficjalne mianowanie pana Kinsleya Shacklebolta na stanowisko Ministra Magii. Dostałam trzy zaproszenia na tę uroczystość, jedno dla mnie i dwa dla prefektów naczelnych. Ufam, że godnie będziecie tego dnia reprezentować szkołę. Dla ciebie, panno Granger, mam szczególnie dobrą wiadomość. Z pewnością będziesz miała szansę spotkać tam pana Pottera i pana Weasleya – nauczycielka posłała Hermionie ciepły uśmiech.
      Dziewczyna poczuła, jak coś ściska ją w żołądku i nie był to skurcz radosnego podniecenia. Znów zobaczy Rona... Nie była nawet pewna, czy chce. Tak wiele zmieniło się od czasu wakacji. Poczuła odrobinę wolności. Chciałaby pamiętać trochę więcej poza ułudą szczęścia. Jeżeli fasada i pielęgnowane kłamstwa upadną gdy się spotkają?
    - Obowiązują eleganckie stroje, więc proszę odkurzyć elegancką szatę panie Malfoy. I bez żadnych szaleństw, to nie wystawny bal. Chcę widzieć was w gabinecie w przyszłą sobotę po śniadaniu, tylko bez żadnych spóźnień – spojrzała na nich surowo.
      Do Hermiony ledwo docierały jej ostatnie słowa. Nawet bez tego bankietu miała teraz dość zmartwień...


      Naszą pierwszą zasadą było udawanie, że go nie znam. W Hogwarcie byliśmy obcymi dla siebie ludźmi, wysyłaliśmy sobie tylko listy. A potem znów nadchodziły wakacje i mogliśmy być tym, co drzemało głęboko w nas. Bestiami. Najpierw jednak poznałem najważniejszą rzecz w moim życiu. Przebyliśmy tę podróż świstoklikiem, a potem przesiedliśmy się na miotły, aby lecieć nad wielką, głęboką wodą, aż nie zobaczyliśmy wieży. Była ogromna i przerażająca. Wyglądała jak szkielet, samotna.
      Mój przyjaciel zatrzymał swoją miotłę, więc zrobiłem to samo.
    - Ja mogę tam wejść, ty nie. Mój ojciec nadal ma jakieś przywileje, więc mogę go odwiedzać. Nie martw się o to, postarałem się, abyś dostał wyraźną zgodę, ale od teraz podajesz się za mojego brata. Zająknij się, a już nigdy stamtąd nie wyjdziesz.
      Do teraz nie wiem, jak udało mi się wejść do Azkabanu. Wiem, że rodzina mojego przyjaciela miała ogromne wpływy. Nie chcę nawet wiedzieć, jak wiele galeonów przepłynęło przez pary rąk, abym na papierze, na ten jeden dzień, stał się jego bratem. Wiem tylko, że jego ojciec współpracował z ministerstwem, aby pozwalano mu na wizyty rodziny. Jeden mały papierek dał mi wejście do piekła. Nawet gdybym miał przypomnieć sobie wszystkie szczegóły, jak do tego doszło, z pewnością nie byłbym teraz w stanie.
      Dementorzy nigdy na mnie nie działali. Obce były mi szczęście czy radość. Tak samo jak reszta emocji. Dobrych wspomnień też nie miałem wiele.
      Ale widziałem cele, wychudzonych więźniów, wraki ludzi bez nadziei. Oni wszyscy wiedzieli, że nie ma dla nich już najmniejszego ratunku. Mogą tylko czekać na śmierć. Widziałem brudne ciała w jeszcze brudniejszych łachmanach, obłąkane oczy wpatrzone w jeden punkt, poruszające się usta w niemej modlitwie.
    - Dlaczego mnie tu zabrałeś? - zapytałem, czując do tego miejsca obrzydzenie.
    - Żebyś zobaczył, jak kończą tacy jak ja i ty. Jeżeli nie są ostrożni oczywiście. Chcę, żebyś patrzył i rozumiał, jak może potoczyć się twoje życie. Niech ta wycieczka będzie dla ciebie największą nauką ostrożności.

       Posyłam sowę i patrzę, jak odlatuje z moim listem. Na szczęście mam jeszcze przyjaciół, którzy zawsze mi pomogą. Uśmiecham się do siebie, może i będzie to coś rodem z taniego horroru, ale wiem, jakie wzbudzi emocje.
    - Dzień dobry – odwracam się natychmiast.
    - Dzień dobry profesorze Flitwick. Piękną mamy dziś pogodę jak na listopad – uśmiecham się.
      Z łatwością przybieram maskę sympatycznego ucznia. Operuję między twarzami, zmieniając je w zależności od okoliczności, aby ukryć moją prawdziwą. Twarz psychopaty. Wiem, że stary Flitwick mnie lubi, jestem przecież takim dobrym, uczynnym chłopcem. Kolejna maska.
    - Zaiste, piękny – odpowiada.

      Hermiona uporczywie pracowała nad swoim esejem na transmutację, ale nie mogła się skupić. Wiedziała, że ktoś ją obserwuje i wiedziała też kto. Laurus siedział przy stoliku obok i co chwila rzucał jej spojrzenia znad opasłej księgi. Walczyła przez chwilę z emocjami. Nie da mu wygrać, pokaże mu, że się go nie boi. Wstała szybko i podeszła do niego. Oparła się rękami o jego stolik i przybliżyła do niego twarz. Serce waliło jej jak oszalałe i całą siłą woli zmusiła się, aby spojrzeć mu w oczy.
    - Czy mógłbyś przestać się na mnie gapić? Jeżeli chcesz mnie śledzić, to przynajmniej nie przeszkadzaj mi w nauce – syknęła.


______________________

Hej, hej! Cieszę się, że wreszcie publikuję ten rozdział, bo kończy on tak naprawdę pierwszą część, w której chciałam wprowadzić Was w sytuację i pokazać bohaterów. Jeżeli przez to przebrnęliście (dla mnie napisanie tego to była katorga), to mogę obiecać wam, że przynajmniej 3 następne rozdziały będą dość intensywne, jeżeli nie emocjonalnie, to coś się tam będzie działo.
Ledwo przeżyłam ten miesiąc, siedząc prawie dzień w dzień w pracy po 12h, uznałam, że jednak mogę jeść gruz, albo zdrapywać tynk ze ścian. Kolejnego rozdziału możecie wyczekiwać za jakieś dwa tygodnie.
Zachęcam do komentowania, bo trochę mi smutno, jak tu tak pusto :/ 

Rozdział VI

W Noc Duchów Hermiona powoli zaczynała godzić się ze swoją porażką. Malfoy nie komentował jej żałosnej próby nawiązania z nim kontaktu, a ściślej mówiąc nie odzywał się do niej w ogóle. Bez jakiegokolwiek dostępu do Ślizgonów dziewczyna ani o krok nie przesunęła się do poznania danych mordercy. Panna Granger przeszukała kilka ksiąg w poszukiwaniu przodków Laurusa, ale albo jego ojciec nie uczył się w Hogwarcie, albo był mugolem. To było tak mało, że tak naprawdę nic. W ciągu tego tygodnia, odkąd Malfoy ją wyśmiał, straciła całą nadzieję, że uda jej się rozwikłać tę sprawę, przynajmniej w stopniu takim, aby ten psychol nie mógł jej już szantażować.
Aż w końcu, rankiem, gdy wszyscy uczniowie cieszyli się wolnym dniem i nadchodzącą ucztą, Hermiona dostała list. Sowa dostarczyła go prosto do jej dormitorium, budząc ją pukaniem w okno, i dziewczyna przez chwilę bała się, że to kolejna upiorna wiadomość. Ptak, inaczej niż ostatnio, był ogromny i zwracał na siebie uwagę. To ją odrobinę uspokoiło, przecież On z pewnością nie chciałby być zauważany i użyłby jakiegoś niepozornego z sowiarni.
Otworzyła okno i ostrożnie odwiązała zaadresowaną do niej kopertę. Uspokoiła się, to z pewnością nie było od Niego.

Granger,
Przemyślałem Twoją propozycję. Zamiast iść na ucztę, przyjdź do mojego dormitorim, musimy porozmawiać. 
D.M.
PS wierność tradycji. 

Hermiona nigdy w życiu nie przypuszczała, że kiedyś ucieszy się na widok wiadomości od Draco Malfoya. A teraz przepełniało ją szczęście. Czyli jednak istniała realna szansa, że uda jej się mieć sprzymierzeńca, który jest w tym samym domu co Laurus. Tym razem przemyśli wszystko dokładniej, aby nie zepsuć wszystkiego jak ostatnio. Musi przedstawić jakąś bajeczkę dla Ginny, żeby nie próbowała zaciągnąć jej do Wielkiej Sali. W końcu Gryfonka odzyskała trochę energii do działania. Niby wszystko obmyśliła już przed pierwszą nieudaną próbą, ale zawsze można było coś jeszcze udoskonalić, lekko zmodyfikować plan działania, gdy już będzie mogła wprowadzić w to Malfoya na tyle, ile był jej potrzebny.
Dopisek pod podpisem zapewne był hasłem do pokoju wspólnego Slytherinu. Najwidoczniej Ślizgoni znaleźli dobry sposób aby obejść zakaz ustawiania haseł, które mają coś wspólnego dyskryminacją pod względem czystości krwi lub Voldemortem.
Gryfonka już teraz postanowiła udawać chorą. Powoli zaczynała wątpić, czy uda jej się jeszcze raz użyć tej wymówki, skoro jakiś czas temu przeszła już chyba wszystkie choroby, które tylko przyszły jej na myśl, aby nie musieć ruszać się z łóżka. No nic, spróbuje znowu. Zakopała się pod kołdrą, ale ekscytacja nie dawała jej spać. Po jakimś czasie jednak udało jej się zasnąć w oczekiwaniu, aż wszystkie jej współlokatorki się obudzą.


    - Powiesz mi, jakim cudem człowiek może być chory przez prawie dwa miesiące z małymi przerwami? - mruknęła Ginny, patrząc na przyjaciółkę sceptycznie. 
    - Chyba powinnaś kierować to pytanie do mojego organizmu – odpowiedziała zakopana w pościeli dziewczyna.
    - Chyba będziemy usiały o tym porozmawiać, jak wrócę z uczty.
    - Myślę, że będę już spała, naprawdę okropnie się czuję.
Gryfonka czuła się po prostu żałośnie i czujnie obserwowała jak Ginny włada szatę. Miała tego wieczoru dość ważną robotę do wykonania, od tego dnia zależało dość sporo i tym razem nie mogła pozwolić sobie na błąd. Już wystarczyło jej upokorzeń i niepowodzeń.
Gdy tylko za ostatnią dziewczyną z dormitorium zamknęły się drzwi, Hermiona wyskoczyła szybko z łóżka i podeszła do szafy. Cały dzień przeleżała w piżamie, aby wyglądać wiarygodnie, a teraz wciągała na siebie ciasne legginsy i t-shirt w tym samym kolorze. Wzięła jeszcze Pelerynę Niewidkę i upewniła się, że w kieszeni ma wszystko, czego potrzebuje. Odczekała jeszcze chwilę i wyszła.
Przemierzała korytarze Hogwartu niewidoczna dla pojedynczych uczniów, którzy spieszyli się na ucztę. Zeszła do lochów i odnalazła wejście do pokoju wspólnego Slytherinu, a całe szczęście Malfoy kiedyś powiedział jej, gdzie się znajduje, gdy patrolowali razem lochy. Wypowiedziała szeptem hasło i patrzyła, jak jej oczom ukazuje się wejście. W Pokoju Wspólnym Slytherinu panował półmrok. W kominku płonął ogień, ale nawet on wydawał się zimny. W środku siedziała tylko jedna osoba. Siedzący na kanapie Malfoy zwrócił twarz w jej stronę i zmarszczył brwi.
    - Jesteśmy tu sami, możesz zdjąć pelerynę, Granger – mruknął.
Dziewczyna zdecydowanym ruchem ściągnęła z siebie magiczny materiał. Draco, nie mówiąc już nic więcej, wstał i ruszył w stronę pokoi sypialnych. Ruszyła za nim i po chwili znaleźli się w trzyosobowym dormitorium, na jej gust trochę zaśmieconym. Ślizgon usiadł na jednym z łóżek i gestem ręki wskazał jej krzesło naprzeciw siebie. Czuła się skrępowana miejscem w którym się znalazła, jakby nie tylko naruszyła Dracona strefę prywatną, ale też Zabiniego i Notta. Nie odzywała się, czekając, aż chłopak przejmie inicjatywę, skoro ją tu zaprosił. Siedzieli więc w ciszy i Hermiona miała wrażenie, że tylko dla niej jest krępująca. Wreszcie usłyszała jego głos, mówił powoli, starannie dobierając słowa.
    - Przemyślałem twoją propozycję. Oczywiście nie kupuję twojego żałosnego wytłumaczenia, czemu interesujesz się tą sprawą, ale to nieistotne. Chcę znaleźć Pansy i skoro chcesz mi w tym pomóc to myślę, że mogę zgodzić się na... Pewien układ.
Skinęła głową, zadowolona, że ta rozmowa idzie w tym kierunku.
    - Możemy się umówić, że nie będę zadawał niepotrzebnych pytań – ciągnął tym samym tonem. - Nie oznacza to jednak, że znajdziesz sobie we mnie pomagiera i będziesz mnie wykorzystywać, rozumiesz?
    - Rozumiem i zgadzam się. - Przystałaby na wszystko, żeby tylko zgodził się jej pomóc, aczkolwiek miała jednak nadzieję na coś innego.
    - Mamy być na równi jako partnerzy. Nie będziesz nic przede mną ukrywać, zatajać... W zamian nie będę dociekał, skąd twoja ciekawość, bo najwidoczniej masz coś do ukrycia, Granger. A oboje widzieliśmy ostatnio, że kłamiesz poniżej jakiejkolwiek krytyki.
Spuściła wzrok, naprawdę nie musiał wypominać jej tego upokorzenia. Mogła oczywiście traktować Malfoya jako partnera w małym śledztwie, póki nie robił się zbyt kłopotliwy. Był zbyt cwany, a próby oszukania go mogły okazać się niebezpieczne. Czy właśnie podpisywała akt z diabłem? 
    - Dobrze, partnerze. Nie będę wykluczać cię z niczego, co robię, będziesz wiedział o wszystkim – mówiła stanowczym, twardym tonem, patrząc mu wyzywająco w oczy. - Najpierw kilka spraw organizacyjnych.
Wyjęła z kieszeni fałszywego galeona, już dawno przekonała się, że sprawdzone i przetestowane sposoby są najlepsze. Spojrzała na Dracona, który pytająco uniósł brew.
    - Lepiej nie pokazuj tego Weasleyowi, bo jeszcze się okaże, że żeni się z tobą dla pieniędzy – rzucił od niechcenia.
    - Jest fałszywy – powiedziała, ignorując jego złośliwą uwagę. - Mam takiego samego, rzuciłam na nie zaklęcie Prometeusza. Zamiast numeru seryjnego goblina, który go wybijał, jest tu data i godzina spotkania. Kiedy ja albo ty je zamienimy, galeon zacznie rosnąć tak, że poczujemy go w kieszeni. Na miejsce spotkań proponuję Pokój Życzeń, doskonale wiesz, gdzie jest to miejsce, prawda? Spędziłeś tam sporo czasu. W razie sytuacji awaryjnej, można wysłać sygnał SOS, moneta zabrzęczy, jakby upadła o posadzkę. Nikt nie powinien szczególnie zwrócić uwagi na ten dźwięk.
    - Całkiem przydatne – mruknął, podrzucając swój pieniążek. - Powiedz mi teraz, Granger, co już masz.
    - Nic. Naprawdę nic, miałam związane ręce bez nikogo w Slytherinie. Tutaj wkraczasz ty. Chciałabym, żeby spróbował się zbliżyć trochę do Laurusa, zaprzyjaź...
    - To niemożliwe – przerwał jej. - Blaise i on mieli mały... Incydent... I ja niestety miałem w tym swój mały udział.
Hermiona poczuła rosnącą irytację, pierwsza rzecz, która wydawała się w tym momencie najlepsza, okazała się niewykonalna. Wolała nawet nie pytać o to, co się stało.
    - A jego siostra?
    - To raczej działka Notta.
    - Nie możesz o tym nikomu powiedzieć – warknęła, patrząc na niego stanowczo.
    - Wiem o tym, aczkolwiek za Notta mogę ręczyć.
    - Za nikogo nie można ręczyć. Każdy kiedyś nas zdradzi lub zrani – mruknęła.
    - To jakiś tłumiony żal do Pottera czy może Weasleya? - wyszczerzył zęby w złośliwym uśmiechu.
Jakim cudem już zdążył ją zirytować? Próbowali współpracować dopiero od kilkunastu minut. Hermiona westchnęła ciężko, starając się uspokoić. Nie da się sprowokować.
    - Masz w takim razie jakieś inne pomysły, jak dotrzeć do Laurusa? - zapytała.
    - Kuzyn Zabiniego jest w szkole w Brazylii. Gnojek jest kilka lat młodszy od nas, może w wieku Pandory. Mogę spróbować wysłać do niego sowę i trochę wypytać. Spokojnie, nie wtajemniczę w to Blaise'a.
    - To jest dobra wiadomość, ale spróbuj nie wzbudzić podejrzeń. Najlepiej, jeżeli razem napiszemy teraz ten list, chcę się dowiedzieć, dlaczego zmienili szkołę, może poszły jakieś plotki. Ogólnie chciałabym wiedzieć cokolwiek, bo w bibliotece nic nie znalazłam.
    - Rozumiem, czyli gadka o zranieniu i zdradzie nie dotyczyła Pottera albo Weasleya, tylko biblioteki – wywrócił oczami, a Hermiona zwalczyła w sobie chęć, aby go uderzyć.



Pandora była zachwycona dekoracjami Wielkiej Sali. Z zaciekawieniem obserwowała latające po zamku nietoperze, uśmiechające się upiornie dynie czy śpiewające szkielety. W jej starej szkole nie obchodzili Nocy Duchów, a gwoli ścisłości raczej nieczęsto świętowali cokolwiek. W Hogwarcie wszystko było inaczej, mimo niskiej temperatury panowała tutaj naprawdę ciepła atmosfera. Uczty były większe i wytrawniejsze, a nauczyciele mniej surowi.
    - Chciałabyś przejść się po błoniach? - drgnęła gdy usłyszała obok siebie głos Notta.
Spojrzała na niego z uśmiechem i skinęła głową. Ucieszyła się na jego widok, lubiła spędzać z nim czas, chociaż nie robili tego szczególnie często. Poderwała się z miejsca, gdy ktoś mocno złapał ją za ramię. Odwróciła się i rzuciła bratu zirytowane spojrzenie.
    - Zapomnij, że gdzieś z nim pójdziesz – warknął Laurus.
    - Daj spokój, jestem bezpieczna – prychnęła. 
    - Dobrze wiesz, co się dzieje, a ty praktycznie go nie znasz. Nigdzie nie idziesz.
    - Nie jestem już dzieckiem – wyrwała ramię z uścisku i ruszyła zdecydowanie w stronę wyścia, nie oglądając się nawet, czy Teodor podąża za nią.
Chłopak dogonił ją po chwili i w milczeniu przemknęli się do wyjścia. Pandora była pewna, że gdyby ktoś ich nakrył, mieliby z tego tytułu wiele nieprzyjemności. Zimny wiatr owiał dziewczynę, gdy tylko wyszli na zewnątrz. Nott delikatnie objął ją ramieniem, a ten dotyk był dla niej czymś, czego nie oddałaby za żadne skarby świata. Od jakiegoś czasu zaczęła myśleć o Teodorze inaczej, pragnęła rozmów z nim, a w ich spotkaniach odnajdowała spokój. Nie przeszkadzało jej już odrzucenie przez rówieśników, skoro jedyna osoba na której jej tutaj zależało, to inny odrzutek. Chyba po prostu odnaleźli się nawzajem. Chyba wreszcie miała swoją pokrewną duszę. Kogoś, kto nie interesował się opinią rówieśników, lubił książki i spokój.
    - Twój brat chyba mnie nie lubi – zaśmiał się, gdy skończyli omawiać już ucztę. 
    - Daj spokój, ma obsesję na punkcie mojego bezpieczeństwa – wywróciła oczami, czując wstyd, że Laurus traktuje ją jak dziecko na oczach Notta. 
    - Może słusznie? - szepnął chłopak.
Zaśmiała się, ale Teodor nie zrobił tego samego, wzmocnił tylko uścisk. Próbowała lekko się odsunąć, ale bezskutecznie. Powoli jego uścisk stawał się bolesny, a Pandora poczuła swój pierwotny instynkt do ukrycia się gdzieś, gdzie nikt nie mógłby jej odnaleźć. Czuła rosnący dyskomfort z każdym krokiem. W końcu obrócił ją w swoją stronę i zaśmiał się.
    - Chyba nie umiem cię straszyć, a jednak dzisiaj jest Noc Duchów. Może jakoś inaczej będziemy ją świętować?
Zbliżył się do niej, a ona poczuła, jak serce bije jej jak oszalałe, tym razem nie ze strachu, gdy poczuła na twarzy jego oddech. Sama dokładnie nie wiedziała co się dzieje, gdy dotknął swoimi wargami jej ust, mogła wyczuć, że się uśmiecha. Szok spowodowany jego pocałunkiem zaczynał mijać, a ona czuła, że nie chce przerywać tej chwili. Chyba nigdy nie czuła się tak szczęśliwa jak w tym momencie i miała nadzieję, że los się odwróci i skończą się jej bezsenne noce.


Hermiona przyspieszyła kroku. Uczta zapewne niedługo się skończy, a ona powinna leżeć w piżamie i udawać, że jest umierająca. Uszczęśliwiona widziała już portret Grubej Damy i zdjęła pelerynę, gdy nagle przejście otworzyło się i przeszła przez nie Ginny. Panna Granger w panice próbowała wymyślić dla siebie jakąś wymówkę.
    - Ginny! Wróciłaś już z uczty? - Postanowiła zaatakować pierwsza.
    - Nie, po prostu zostawiłam w Pokoju Wspólnym książkę, którą miałam pożyczyć Lunie. Trochę się spieszę, przepraszam.
Wyminęła Hermionę i poszła szybko w stronę schodów. Gryfonka odetchnęła z ulgą, że ma przynajmniej jeden problem mniej. Ginny najwidoczniej nie interesowało, gdzie jej przyjaciółka włóczy się sama o tej porze po zamku. Z ulgą weszła do pustego dormitorium i przebrała się w piżamę. Cały wieczór przebiegł dokładnie tak, jak chciała. Uśmiechnęła się sama do siebie, a potem coś zauważyła... Ostrze wbite w blat biurka. Nóż. Podeszła do niego szybko. Spełniał jedną funkcję, przybijał małą karteczkę.

Zapłacisz za to, co zrobiłaś.

A potem spojrzała na ostrze i dostrzegła na nim rdzawe plamy. Ślady krwi. Poczuła, jakby wokół niej zabrakło powietrza, którym mogłaby oddychać. Narzędzie zbrodni. Chciała wyrwać go z biurka i wyrzucić, ale powstrzymała się, nie może go dotknąć. Zostawił to w dormitorium, na widoku. Co jeżeli ktoś to widział? Odrzuciła od siebie tę myśl, zaroiłoby się tutaj od nauczycieli, każdy normalny człowiek by to zgłosił.
Usiadła na krześle i wpatrywała się w nóż, jej mózg z powodu strachu nie działał jak powinien. Musiała się uspokoić i zacząć myśleć racjonalnie.
Podskoczyła, gdy na korytarzu usłyszała śmiechy. Jeden z niech z pewnością należał do Ginny. Rozejrzała się w panice po pokoju, szukając rozwiązania. W końcu wzięła leżący na biurku kawałek pergaminu i złapała przez niego rękojeść. Kręciła się z nożem wokół własnej osi szukając dla niego kryjówki. Drzwi zaczęły otwierać się szybko. Dziewczyna wrzuciła nóż do swojego kufra i zdecydowanym ruchem zatrzasnęła wieko. Śmiechy dziewczyn natychmiast ucichły, gdy zobaczyły koleżankę. Gryfonka mogła sobie wyobrazić, jak wygląda. Wręcz czuła, jak cała krew odpływa jej z twarzy po zobaczeniu noża. 
    - Coś się stało, Hermiono? - zapytała Mandy zatroskanym tonem.
    - Nie... Ja... Ja po prostu muszę się położyć.
Nie mówiąc już nic więcej zakopała się w swoim łóżku i zasłoniła kotary. Adrenalina nadal pulsowała w jej żyłach jak szalona. Nie mogła przestać myśleć o narzędziu zbrodni spoczywającym w jej kufrze. Co powinna teraz z nim zrobić? Oddać McGonagall? Zaczną się pytania skąd go ma. A jeżeli są na nim jej odciski palców? Może powinna go zakopać i udawać, że nic się nie stało? Ukryć gdzieś, zniszczyć narzędzie zbrodni. Jak ten psychol dał radę wejść do jej dormitorium i dlaczego zostawił jej nóż? Musiała rano dokładnie sprawdzić, czy nie zaginęła żadna z jej rzeczy. Będąc tu samemu mógł przecież zrobić cokolwiek. A jeżeli spróbuje wrobić ją w to morderstwo?
Wszystkie dźwięki wokół niej powoli cichły, gdy jej współlokatorki kładły się spać. Ona jednak nadal rozważała wszystkie możliwe opcje. Wstała w końcu i podeszła do łóżka Ginny. Przyjaciółka, widząc ją, podniosła się lekko.
    - Ginny... Czy jak poszłaś podczas uczty do Pokoju Wspólnego, to wchodziłaś do dormitorium? - zapytała Hermiona.
    - Czekaj... Co? Ja nie wychodziłam z uczty – odpowiedziała zaspanym głosem Gryfonka.


___________________________________

Jestem już znów! Od teraz postaram się już wrócić do regularnych rozdziałów co dwa tygodnie, ale październik to porażka, do końca miesiąca zostały mi trzy wolne dni. Ten rozdział być dość krótki, ale zbieram wszystkie swoje siły na rozdział ósmy, którego nie mogę się doczekać! :)

Rozdział V

      Hermiona w zamyśleniu przeżuwała kiełbaski, kiedy do Wielkiej Sali wleciały dziesiątki sów. Okazała paczka wylądowała przed dziewczyną, rozbryzgując przy tym mleko. Miała nadzieję, że to będzie dokładnie to, czego potrzebowała. Szybko odnalazła mały liścik przytwierdzony do szarego papieru.

Mam nadzieję, że nie potrzebujesz jej do niczego nielegalnego.
Harry.

Trochę to trwało, ale przyjaciel ostatnie dwa miesiące spędził we Francji i dopiero teraz przestał jej potrzebować Peleryny Niewidki. Hermiona odetchnęła z ulgą, że ma ją już przy sobie. Rozpromieniona tym prezentem odwróciła się do Ginny, aby przekazać jej wieści, i zamarła. Panna Weasley zaciskała dłonie na otwartym Proroku Codziennym. Jej twarz miała kolor purpury.
    - Ginny, czy coś się...
Dziewczyna nie dała jej dokończyć, tylko rzuciła na stół gazetę, wstała i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Gryfonka przez chwilę rozważała czy ruszyć za przyjaciółką, czy na własne oczy zobaczyć co tak wytrąciło ją z równowagi. Sięgnęła po gazetę. Pierwsze zobaczyła ruchome zdjęcie. Stojąca tyłem, elegancko ubrana blondynka całowała się z kimś, kto wyglądał jak...
    - To jakiś żart – warknęła Hermiona sama do siebie.
Fotografia nie była zbyt wyraźna, ale Harry'ego poznałaby wszędzie. Z niedowierzaniem przeniosła wzrok na resztę artykułu.

HARRY POTTER – chłopiec, który zdradził. 

Jak powszechnie wiadomo auror i aspirujący polityk Harry Potter (18l.), przez część społeczeństwa czarodziejów nazywany Wybrańcem, do tej pory pozostawał w szczęśliwym związku z pochodzącą z biednej rodziny Ginewrą Weasley (17l.). Mimo wielu wielbicielek pan Potter pozostawał wierny wyborowi swojego serca. Najnowsze zdjęcie, wykonane przez naszego reportera, daje sporo do myślenia, czy nie było to tylko dobrze przemyślane budowanie wizerunku. Koniec waszych zmartwień, dziewczęta, najwidoczniej bez obaw możecie próbować swoich sił w walce o względy Harry'ego Pottera, jednak nie zadowoli się on byle czym. Z tajnych źródeł mamy informację, jakoby na zdjęciu miała być Daphne Greengrass (18l.), pochodząca ze starego, poważanego rodu  dziedziczka niemałej fortuny. Czy panna Weasley okazała się zbyt biedna dla wybrańca, czy może przeważyły mankamenty urody? Spójrzcie tylko, jak idealną figurę prezentuje dziewczyna ze zdjęcia! Jednego możemy być pewni, każdy polityk potrzebuje u swojego boku kobiety z klasą! 

Hermiona z obrzydzeniem i wściekłością spojrzała na podpis dziennikarki. Wypuszczenie tej przeklętej Skeeter ze słoika było chyba jednym z jej najgorszych błędów.
Wzięła gazetę, paczkę, na myśl o której nie czuła już radości, i ruszyła na poszukiwanie przyjaciółki.


Ginny wypadła z Wielkiej Sali jak burza. Walczyła ze łzami smutku i bezsilności, próbując zmienić je we wściekłość. Wiedziała już wcześniej, że coś jest nie tak, czuła to. Szczerze mówiąc, nawet nie była szczególnie zaskoczona, gdy minął już pierwszy szok. Szła przed siebie najszybciej jak mogła, bojąc się, że gdy tylko straci jakiś cel, rozsypie się na części.
    - Weasley, zatrzymaj się! - rozpoznała głos Zabiniego i przyspieszyła jeszcze bardziej.
Chłopak jednak nie dawał za wygraną i już po chwili szli ramię w ramię, a on dyszał lekko po przebiegnięciu ponad połowy korytarza. Dziewczyna, ignorując zupełnie jego obecność, weszła do nieużywanej klasy, w której pierwotnie miała zaszyć się sama i móc się rozpłakać.
    - Czego chcesz? - warknęła, gdy tylko znaleźli się w pomieszczeniu.
    - Też prenumeruje proroka, widziałem artykuł i widziałem jak wychodzisz. To naprawdę podłe. Pomyślałem, że może dobrze by było, gdybyś nie została z tym sama. A jeżeli chcesz, to mogę siedzieć tu cicho i udawać, że nie istnieję – wyrzucił to wszystko z siebie na jednym oddechu, jakby bał się, że mu przerwie.
    - Wybieram nieodzywanie się – mruknęła z rezygnacją i usiadła ciężko na ławce.
Zbyt wielką uwagę przywiązywała do walki ze łzami, by mieć siłę do wyrzucenia Zabiniego.
     - To zwykły szmatławiec – wybuchnął po chwili ciszy. - Skeeter żyje z ludzkich nieszczęść. Potter to dupek, ale nie powinnaś dowiedzieć się o tym w ten sposób. I moim zdaniem twojej figurze niczego nie brakuje.
    - Dlaczego za mną wyszedłeś? Nawet nieszczególnie mnie lubisz. - Puściła jego wypowiedź mimo uszu, nawet fragment o figurze.
    - Pamiętam, co pisali po zaginięciu mojej matki. Daleko temu było do współczucia i szacunku. No i bardzo mi pomogłaś informacją, że mają jakiś trop. Mam wobec ciebie dług.
Powtarzała sobie w myślach, że nie może się teraz rozpłakać, ale łzy i tak zaczęły płynąć po jej policzkach, gdy na nowo przypomniała sobie o zdjęciu.
    - Poznałeś Daphne na tym zdjęciu? To ona?
    - Tak mi się wydaje. Dostała teraz dobrą posadę sekretarki w ministerstwie, żeby zdobyć doświadczenie. No i poznaję ten tyłek.
Najwidoczniej próbował zażartować, ale Ginny była już naprawdę bliska wybuchu. Odetchnęła kilka razy głęboko, powtarzając w myślach, że Blaise nie jest niczemu winien. Próbował tylko pomóc, choć bardzo nieudolnie.
    - Sekretarka. Jak typowo.
Czuła, jakby sekunda po sekundzie ktoś odrywał jej po kawałku serca. Gdy na chwilę jej myśli błądziły w inną stronę, ból powracał z podwójną siłą w momencie zderzenia z rzeczywistością. To koniec. Już nic nie dało się zrobić, ani uratować. Cokolwiek by nie powiedziała, utraciła go na zawsze, a nawet nie wie, co zrobiła źle. Może zbyt mało się starała albo wręcz przeciwnie? Może kochała go zbyt mocno? Może przesadziła w którąś stronę i sama pchnęła go w ramiona innej?
Drzwi do sali otworzyły się powoli i stanęła w nich Hermiona.
    - Wszędzie cię szukałam!
A potem zauważyła Blaise'a i zamarła. Jej wzrok wędrował od Gryfonki do Ślizgona, najwidoczniej nic z tego nie rozumiejąc.
    - Zostawię was – mruknął chłopak.
Wyminął Hermionę i wszedł z pomieszczenia. Przyjaciółka spojrzała na zrozpaczoną minę Ginny i najwidoczniej zaniechała jakichkolwiek pytań. Po prostu podeszła i przytuliła ją mocno, nic nie mówiąc. Dopiero pod wpływem opiekuńczego gestu Hermiony dziewczyna wybuchnęła płaczem.


Po pięknym, ozdobionym portretami gabinecie rozniósł się dźwięk pukania. McGonagall uniosła głowę znad ogromnej księgi i ściągnęła okulary. Machnęła różdżką, a drzwi otworzyły się ukazując jej gościa. Profesor Slughorn z ociąganiem wszedł do pokoju, jakby nie do końca był pewien czy nie woli jeszcze uciec.
    - Witaj, Minerwo. Przybyło dwóch kolejnych aurorów, aby prowadzić przesłuchania – westchnął.
    - Znowu? - spojrzała surowo na nauczyciela. - Mamy jakiś wybór?
    - Obawiam się, że nie, Minerwo.
Odwróciła się, aby spojrzeć na wiszący za nią portret Dumbledore'a. Nie odzywała się przez chwilę, zastanawiając się nad swoją obecną sytuacją.
    - Nie spodobałoby ci się to. Nie wiem, co robić, nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Jestem beznadziejną dyrektorką. - Przyłożyła palce do skroni, masując je delikatnie.
    - Rób, co musisz – odezwał się portret znajomym, krzepiącym głosem.
    - Chcę najpierw z nimi porozmawiać – zwróciła się do Slughorna.
Skinął głową i wyszedł bez słowa. Nie wiedziała, co robić. W porównaniu z tym magia i fantastyczne zwierzęta wydawały jej się łatwe. Jak poradzić sobie z ludzką psychiką i agresją? Nigdy nie mogła zrozumieć czystego zła pochodzącego od człowieka. Nie umiała znaleźć na to lekarstwa ani żadnego środka bezpieczeństwa. Mogła tylko obserwować i czekać na jakiś błąd. Wszystkie różdżki uczniów i nauczycieli zostały sprawdzone pod kątem ostatnio rzucanych zaklęć i nie wykazały niczego niepokojącego. Po zamku wciąż krążyli aurorzy i urzędnicy ministerstwa, ale byli oni szkoleni do walki z czarną magią. Uczniowie popadali w paranoję, a ona powoli czuła się na to zbyt stara. Przestudiowała po raz tysięczny wszystko co mieli i miała wrażenie, że głowa rozbolała ją jeszcze bardziej. Tak naprawdę nie mieli nic, nie znaleźli nawet noża.
Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Nie czekając na jej zaproszenie, do gabinetu weszło dwóch mężczyzn w wieku około trzydziestu lat. Obaj byli wysocy i smukli. Jeden z nich wyglądał na zdecydowanie pewniejszego siebie, czarne włosy miał starannie zaczesane do tyłu i patrzył na gabinet czujnym wzrokiem. Jego towarzysz miał brązowe włosy i bardzo pospolitą, niewyróżniającą się niczym twarz. Wydawał się lekko zagubiony i trzymał odrobinę z tyłu.
    - Podjęłam decyzję – powiedziała, zanim choćby zdążyli otworzyć usta. - Proszę, aby zabrali panowie wszystkich swoich ludzi z zamku i przekazali ministrowi Schackleboltowi moje podziękowania. Szkoła poradzi sobie z tym problemem sama.
    - Czy jest pani tego pewna? Dostaliśmy jasne instrukcje i uzyskaliśmy zgodę szkoły.
    - Tak, jestem tego pewna. Od prawie dwóch miesięcy nie zrobiliście żadnych postępów, a znajomi ofiar są zmęczeni ciągłymi pytaniami. Przekażcie moje stanowisko przełożonym.
Mężczyźni skinęli głowami, pożegnali się zdawkowo i opuścili gabinet. Minerwa jeszcze raz odwróciła się, aby spojrzeć na portret Dumbledore'a.
    - Mam nadzieję, że podjęłam słuszną decyzję.
Jej zmarły przyjaciel uśmiechnął się do niej tylko delikatnie w odpowiedzi.


Kolejny raz wróciła myślami do tego feralnego wieczora, próbując przypomnieć sobie chociaż jeden szczegół. Siedziała na fotelu pisząc ten przeklęty esej dla Blaise'a, a potem obudziła się już tutaj. Między tymi dwoma zdarzeniami w jej pamięci była ogromna luka. Nie miała pojęcia, ile czasu była nieprzytomna i jak dużo minęło od momentu, w którym się obudziła.
Oczy miała zawiązane kawałkiem materiału, którego nie mogła zdjąć i który nie przepuszczał nawet odrobiny światła. On do tej pory był u niej trzy razy, ale nie wiedziała, czy w konkretnych odstępach czasu. Codziennie? Co drugi dzień? Zupełnie przypadkowo? Do tej pory nie zrobił jej krzywdy. Przynosił jej jedzenie, a stojący obok niej kubek sam napełniał się wodą.
No cóż, to o wiele lepiej, niż skończyć z poderżniętym gardłem.
Powoli godziła się ze swoją sytuacją. Nie krzyczała, bo straciła nadzieję, że ktokolwiek ją usłyszy. Płakała tylko zaraz po jego odejściu, żeby nigdy nie zastał jej ze łzami na policzkach. Nie da mu satysfakcji. Cokolwiek od niej chciał, nie przyjdzie mu to łatwo.
Usłyszała nad sobą szelest i już wiedziała, że nadchodzi. Nie musiała długo czekać, chwilę później, z głuchym plasknięciem, spadł obok niej bochenek chleba.
    - Powiesz mi chociaż, ile tu jestem? - zapytała, poszukując po omacku pożywienia.
Prowokowała go, by się odezwał, aby powiedział cokolwiek. Mimo tej marnej próby wokół niej nadal panowała cisza. W końcu jednak postanowił ją przerwać.
    - To nieważne. Prędko stąd nie wyjdziesz, ale załatwię ci niedługo jakieś towarzystwo.
Próbowała w jego zniekształconym głosie wyczytać choć jedną znajomą nutę, o ile oczywiście znała tę osobę.
    - Nie, nie chcę towarzystwa, chcę stąd wyjść – warknęła.
Usłyszała, jak wskakuje do dołu, który był jej więzieniem. Przerażona zaczęła się cofać, aż nie trafiła na ścianę. Przyległa do niej całym ciałem, chcąc być jak najdalej od niego i błagając w myślach o to, aby jednak przeżyć ten dzień. Dyszała ciężko, adrenalina pulsowała w jej żyłach. Poczuła krótkie szarpnięcie. Napastnik złapał ją za nadgarstek i wyciągnął jej rękę w swoim kierunku. Próbowała się wyrywać i krzyczała. Jedno proste zaklęcie wycisnęło jej z piersi całe powietrze i sparaliżowało ciało. Próbowała z tym walczyć, ale była bezsilna. Ponowił chwyt i podwinął rękaw jej piżamy. Palący ból rozlał się po jej przedramieniu, gdy mężczyzna przeciągnął po nim zimne ostrze. Wrzasnęła z bólu i przerażenia, czując jak krew spływa jej po palcach i kapie na ziemię. W tym momencie wszystkie wiążące ją zaklęcia puściły i przycisnęła zranioną rękę do piersi. Mogła wyczuć, jak głębokie jest rozcięciem, z pewnością sięgało ścięgien, może nawet mięśni. Ciągnęło się od nadgarstka po zgięcie łokcia. Jeden szybki, zdecydowany ruch przesądził o jej życiu. Ból mącił jej w głowie, gdy próbowała oszacować jak wiele czasu jej zostało zanim zemdleje i się wykrwawi. Czuła, jakby siedziała na karuzeli, było jej niedobrze z bólu, a świat wokół niej zdawał się wirować.
Zawyła, gdy znów chwycił jej nadgarstek i pociągnął krwawiącą rękę w swoją stronę. Spodziewała się kolejnej dawki bólu. Dotknął przeciętej skóry. Ich przyspieszone oddechy mieszały się ze sobą. Pomyślała z obrzydzeniem, że on pławi się w jej cierpieniu. Coraz ciężej było jej złapać powietrze. I wciąż czuła na sobie jego brudny, bolesny dotyk. Chciała po prostu w końcu zemdleć i nie czuć bólu, być gdzieś indziej. Nawet nie miała siły płakać, chciała po prostu trzymać się życia jeszcze przez chwilę, jednocześnie błagając, aby ten koszmar się skończył.
A potem wszystko ustało. Z zaskoczeniem stwierdziła, że ból mija. Była pewna, że do jej mózgu przestał docierać tlen i po prostu umiera. Po przedramieniu rozlewało się przyjemne ciepło. Czemu nadal coś czuje, skoro jest martwa?
A potem oprawca wepchnął jej w dłoń mały słoiczek.
    - Nie zgub go i smaruj tym ranę, aż nie zasklepi się do końca. Jak zwykle najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy po czasie. Na szczęście mam ciebie.
Zaśmiał się i Pansy poczuła jak od tego dźwięku przechodzą ją dreszcze. Osunęła się po ścianie bez sił. Jednak żyła. Było jej słabo, tak bardzo słabo...
Słyszała jak odchodzi. To koniec, może odetchnąć. Przełykała słone łzy bólu i smutku, myśląc o swoim beznadziejnym położeniu. Może jednak lepiej było umrzeć?


To był ten wieczór. Idealny moment, żeby zacząć działać. Czekając, aż Draco w końcu zjawi się pod pokojem nauczycielskim, myślała jeszcze raz co mu powie, jeżeli nie stchórzy. Trzeba zrobić to delikatnie, tyle wiedziała. Po prostu nie miała pojęcia jak z nim rozmawiać i przekonać go do pomocy.
Wyszedł w końcu zza rogu i nawet na nią nie spojrzał. Od razu skierował się do drzwi, aby dowiedzieć się, gdzie mają się udać. Zachowywał się tak od zniknięcia Pensy, zdawał się nie zauważać Hermiony, a głupawe zaczepki zamienił na zupełną ciszę. Nadal jednak za każdym razem odprowadzał ją pod sam portret Grubej Damy, żegnał się jednym słowem i odchodził. Nie naciskała, w końcu miała spokój i nie musiała go znosić, ale dzisiaj było inaczej, dzisiaj to ona będzie musiała się odezwać.
W udziale przypadło i tym razem piąte piętro. Hermiona w myślach błagała Dracona, żeby się odezwał, chociaż najgłupszą ze swoich zaczepek. Cokolwiek, żeby mieć jakiś start. On jednak uparcie milczał, a minuty mijały. W dodatku coraz szybciej i Gryfonka miała wrażenie, że czas ucieka jej przez palce. Idąc kawałek za nim, wpatrywała się uparcie w jego czuprynę, mając nadzieję, że jakimś cudem jej nieme prośby dotrą do jego mózgu. Powoli godziła się z porażką. Czuła, jak zaczyna się stresować. Już kilka razy otwierała usta, a potem zamykała je szybko, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa.
    - Potrzebuję twojej pomocy – wypaliła w końcu, zaskakując tym nawet siebie, gdy do końca warty pozostało dziesięć minut.
Odwrócił się, a ona poczuła, jak opuszcza ją odwaga. Myśli jeszcze szybciej od niej uciekały, razem z umiejętnością składania zdań.
    - Co masz na myśli, Granger? - uniósł jedną brew i spojrzał na nią niecierpliwie.
Nie była przygotowana na to pytanie. Na każde inne zresztą też. Cały dzień przeprowadzała sobie tę rozmowę we własnych myślach, a teraz jej mózg był czarną dziurą, która pochłaniała każdy strzępek jej przygotowanego scenariusza. Próbowała improwizować, ale to nigdy nie było jej najlepszą stroną. Wolała chłodną kalkulację, przemyślane decyzje i zupełny brak spontaniczności.
    - Chcę znaleźć mordercę – słyszała, jak głupio to brzmi, ale chciała załatwić to szybko.
Prychnął.
    - Jak, przepraszam, masz zamiar tego dokonać?
    - Przede wszystkim chcę... Chcę... Chcę sojuszu – powiedziała, patrząc mu wyzywająco w oczy.
    - Z mordercą?
    - Z tobą! - zirytowała się, że zabrzmiało to tak desperacko.
Przez chwilę milczał, mierząc ją wzrokiem, a ona czuła jak policzki palą ją ze wstydu.
    - Jestem w stanie to zrozumieć, dlaczego mnie wybrałaś. Ze względu na moje osobiste motywy. Ale uświadom mnie, dlaczego chcesz go znaleźć? I dlaczego uważasz, że mimo wszystko pomogę ci w tym samobójczym planie?
    - Zależy ci a Pansy, wiem, że chcesz ją znaleźć, a przynajmniej dorwać tego zwyrodnialca. A ja... Potrzebuję czegoś do roboty, nudzę się – gdy tylko to powiedziała, zaczęła krzyczeć na siebie w myślach.
Nie mogła zdradzić swoich prawdziwych motywów, a wszystko inne brzmiało po prostu niedorzecznie.
    - Nudzisz się? - Jego brew znów powędrowała do góry.
    - Tak – postanowiła obstawać twardo przy swoim, chociaż tak naprawdę chciała tylko zapaść się pod ziemię.
Już wiedziała, że rozegrała to fatalnie. Stres zupełnie wyłączył jej myślenie, a teraz nawet nie wiedziała, jak to odkręcić. Wyciągnięcie przyjaznej dłoni do Ślizgona kosztowało ją zbyt wiele nerwów. Wszystko zepsuła, bo tak naprawdę cokolwiek by mu nie powiedziała, było to wymuszone i sztuczne.
    - Nie rób z siebie idiotki, Granger. Nie wiem, jaki jest twój prawdziwy motyw, ale mimo wszytko nie jesteś głupia i nie pakujesz się w niebezpieczeństwo bez powodu. Myślę, że z twoim rozumem poradzisz sobie sama z pakowaniem się w to bagno – mówił z przekąsem, patrząc na nią kpiąco.
    - Myślę, że możesz mieć dostęp do informacji, do których nie mam ja – próbowała się ratować, ale po jego minieidziała, że jest na straconej pozycji.
Zrobiła z siebie pośmiewisko, proponując mu współpracę. Z nim nie dało się współpracować. Przecież nawet się nie lubili, ca najwyżej tolerowali dla potrzeb wypełniania obowiązków.
    - Mówię to pierwszy i ostatni raz. Nie mieszaj się w to Granger, bo to nie jest twoja sprawa i nie szukaj na siłę przyjaciół. Powinniśmy już wracać. Odprowadzę cię, ale nie kontynuuj tej rozmowy.
Patrzył na nią chłodno, ale też czujnie i podejrzliwie. Nie odzywał się aż do Wieży Gryffindoru, a Hermiona czuła się tak upokorzona własną głupotą, że miała ochotę położyć się do łóżka i więcej nie wychylić głowy spod kołdry. Jedyną pociechą było, że najwidoczniej nawet gdyby rozegrała to lepiej, Malfoy i tak posłałby ją w diabły. Skąd w ogóle w jej głowie zrodził się pomysł, żeby mu to zaproponować?
Gdy mieli już się rozstawać, Draco niespodziewanie się odezwał.
    - Słuchaj, Granger, do tej pory to ty byłaś tą wrogo nastawioną jednostką. Próbowałem cię zaczepiać, nawet infantylnie, a ty odpowiadałaś gniewem. Dlaczego?
Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy. To nie był moment na kłamstwa. Co miała do stracenia robiąc z siebie kompletną idiotkę już wcześniej? Uniosła różdżkę do swojego gardła i rozświetliła ją. Widziała, jak jego wzrok wędruje do cienkiej linii blizny, którą pozostawił nóż Bellatrix, gdy Hermiona była przetrzymywana w Dworze Malfoyów. Dziewczyna odczytała z grymasu jego twarzy, że dobrze o tym pamiętał.
    - Bo widzę w tobie odbicie wojny – szepnęła.

___________________________________________

Witam!
Trochę mnie tu nie było, ale za to rozdział jet dłuższy i, mam nadzieję, że ciekawy. Dajcie mi koniecznie znać, jak wypadł fragment z Pansy, bo mam wrażenie, że trochę przedobrzyłam :D
Skoro zaczęłam już temat mojej nieobecności, to może powiem Wam, jak wygląda moje pisanie rozdziału. Wszystko powstaje w zeszycie albo na jakiś przypadkowych kartkach, bo nie chce mi się taszczyć przez całe miasto laptopa do pracy. Potem zabieram się jakoś w sobie, przepisuję to, zgrywam na pendrive'a i zanoszę do chłopaka, bo mój zepsuty komputer nie łączy mi się z internetem. Właśnie dlatego czasem będą się pojawiać dłuższe odstępy czasowe. Z tego samego powodu nadal nie zrobiłam zakładki z bohaterami :D Prawdopodobnie jeszcze dzisiaj skończę ją robić, więc zapraszam tam serdecznie :3

Opowiadajcie jak minęły Wam wakacje! Gdzie byliście? Jak mija Wam szkoła, lub ostatnie wolne tygodnie? Ja właśnie wróciłam z Austrii i nie spodziewałam się, że ten kraj jest taki piękny! Udało mi się jeszcze spędzić kilka dni w dworku koło Polanicy, zobaczyć Pragę i usmażyć się na well done na Malcie. I w sumie to trochę mi smutno, bo właśnie wróciłam z ostatniego wyjazdu w tym roku :/ Miałam tak aktywne ostatnie osiem miesięcy i zobaczyłam tyle pięknych miejsc, że nie mam pojęcia jak usiedzę w Polsce do przyszłych wakacji, bo w tym roku na ferie nic nie zaplanowałam! :C

Dobra, koniec tego, bo powoli robi się dłuższe, niż rozdział! :D
Jak ktoś doczytał do końca moje żale, to pozdrawiam bardzo serdecznie :*


EDIT: Zakładka z bohaterami już jest, miło mi będzie, jak tam zajrzycie! :)

Rozdział IV

Informacje po korytarzach Hogwartu rozchodzą się szybciej, niż ktokolwiek byłby w stanie pomyśleć i przewidzieć. Już pomiędzy śniadaniem a pierwszą lekcją zaczęły się plotki o rzekomym zniknięciu Pansy Parkinson. Uczniowie szeptali po kątach przekazując sobie wieści, które w większości wypadków nie miały wiele wspólnego z faktami. Jedyną pewną rzeczą było to, że Ślizgonka nie pojawiła się rano w Wielkiej Sali i najprawdopodobniej nie spała tej nocy we własnym łóżku. Niektóre młodsze uczennice utrzymywały uparcie, że słyszały jak po północy ktoś krzyczał, a jeden Puchon rozpowiadał kolegom, że widział na posadzce korytarza ślady krwi, ale zanim zdążył komukolwiek je pokazać, zniknęły.
   - Nie macie nic ciekawszego do roboty? - warknął rozwścieczony Zabini w stronę grupki dzieciaków.
Młodzi Ślizgoni spojrzeli na niego wielkimi z przerażenia oczami i rozpierzchli się w różnych kierunkach.                
   - Blaise, daj spokój – mruknął idący za nim Draco.
Chłopak spojrzał na przyjaciela z nieskrywaną irytacją, ale nic mu nie odpowiedział. Niemożliwie drażnił go spokój Malfoy'a. Jakim cudem nie dawał po sobie poznać złości albo strachu o życie Pansy? Był zawsze obojętny i zimny, jakby zależało od tego jego życie. Emocje ukrywał głęboko w sobie i nie dawał nikomu do nich choćby najmniejszego dostępu, nawet, gdy ogromnie cierpiał.
   - Nie czekaj na mnie, muszę coś jeszcze załatwić. - Chciał choć na chwilę zostać sam na sam ze swoimi myślami.
Gdy tylko blondyn odszedł, mógł w kocu odetchnąć i ruszyć w stronę lochów bez żadnego towarzystwa. Nie spieszył się, ale nie znał też innego miejsca, gdzie mógłby się teraz udać.
   - Zabini! Hej, Zabini! - Usłyszał wołanie i odwrócił się szybko.
Ginny Weasley machała do niego omijając w biegu innych uczniów.
   - Co jest? - zapytał, patrząc na jej zarumienioną twarz.
   - Ja... Ja miałam ci nie mówić, ale dostałam list od Rona.
Poczuł jak serce zatrzymuje mu się w piersi. Wreszcie doczekał się jakichkolwiek informacji. Spojrzał na dziewczynę wyczekując choć jednego słowa.
   - Nie żyje? - wykrztusił z siebie przez ściśnięte gardło.
   - Co? Nie! Trafili na jej ślad! Trop nie jest szczególnie pewny, ale to zawsze coś.
Usiadł na schodach, wypuszczając ze świstem powietrze. Usadowiła się obok niego i niepewnie położyła mu dłoń na ramieniu.
   - Wszystko dobrze? Miałam nie mówić, aby ci nie robić nadziei, ale myślę, że... Że bardzo jej teraz potrzebujesz.
Nawet nie mogła sobie wyobrazić, jak bardzo to doceniał. To, że mu powiedziała oraz to, że, mimo wszystkiego co ich dzieliło, okazała się dobrą osobą. To była pierwsza informacja o jego matce, odkąd  pewnego dnia wrócił do domu i zastał tam zupełny bałagan. Brakowało biżuterii, kosztowności i jego matki. Nie zostawiła żadnego listu, a jej wcześniejsze zachowanie nie wskazywało, że chce uciec, zostawiając wszystko, co kochała.
   - Dlaczego coś złego dzieje się wszystkim, na których mi zależy? - zapytał ukrywając twarz w dłoniach.
Nie oczekiwał, że odpowie. Rzucił to pytanie w eter, mając świadomość, że tak naprawdę nikt nie będzie w stanie dać mu rozwiązania.
   - One się odnajdą, obie. Nie możesz zakładać najgorszego. Tylko, że czasami coś się po prostu dzieje i nie mamy na to wpływu.
Wstał gwałtownie, a Ginny szybko ściągnęła dłoń z jego ramienia.
   - Dziękuję – rzucił i ruszył w dół schodów.
Chciał jak najszybciej znaleźć się sam, bo oczy piekły go od powstrzymywania łez.


Hermiona przez cały obiad wpatrywała się w ludzi siedzących przy stole Slytheriu. Po kolei patrzyła to na Notta, to na Zabiniego, to na Malfoy'a. Odkąd dowiedziała się o zniknięciu Parkinson postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, koniec z ukrywaniem się w dormitorium. W pierwszej kolejności chciała porozmawiać z kimś z otoczenia Pansy, skoro ktoś chciał ją wciągnąć w grę, to proszę bardzo. Rozważyła każdą kandydaturę po kolei. Z Teodorem prawdopodobnie nigdy nie zamieniła nawet jednego słowa, a teraz wyglądał, jakby zamknął się w sobie jeszcze bardziej. Blaise mógłby być dobrym celem, ale był impulsywny i nie wiedziała, czy da radę jakoś subtelnie go wypytać. Gdyby szukała sojusznika, mógłby być złym wyborem. Za to Malfoy... Miała do niego idealny dostęp podczas patroli. W dodatku był skryty i próbował nawiązać z nią kontakt. A na dodatek było widać po nim, że jest wściekły. Złość napędzała o wiele skuteczniej, niż smutek. Nie poradzi sobie sama, a Malfoy ma motywację, żeby dopaść tę osobę, pomóc jej choć trochę. Jeżeli tylko dobrze to rozegra... I jeżeli przełknie dumę i niechęć do niego, z czym mogłoby być zdecydowanie trudniej.
   - Chciałabyś może pójść po obiedzie na błonia?
Hermiona odwróciła się i spojrzała prosto w wielkie oczy pochylającej się nad nią Luny.
   - Jasne, czemu nie? - odparła, myślami będąc zupełnie gdzie indziej.


Dziewczyny szły brzegiem jeziora szczelnie otulone szatami. Ich splątane włosy unosiły się pod wpływem silnych podmuchów wiatru, mrożących aż do kości. Krukonka nie odzywała się, tylko wpatrywała w ciszy w zmąconą wodę.
   - Myślę, że uciekła – powiedziała w końcu cicho.
   - Słucham?
   - Ta dziewczyna. Słyszałam od ojca, że zna jej rodzinę. Podobno jej matka od dawna marzyła, żeby uciec z pewnym Argentyńczykiem. Myślę, że uciekła razem z nią.
Hermiona westchnęła. Na usta cisnęło jej się kilka faktów z Magicznej historii Hogwartu na temat niemożliwości ucieczki z zamku, ale zdusiła to w sobie.
    - To mało prawdopodobne w tle ostatnich wydarzeń – powiedziała tylko.
Od zakończenia wojny Hermiona spędzała z Luną o wiele więcej czasu niż kiedyś. Może potrzebowała trochę oderwania od niezawodnej logiki? Siedziały razem w Norze przez część wakacji i ich relacje stawały się coraz bardziej przyjacielskie. Nie mogła porównywać do rozmów z wesołą, energiczną Ginny, ale czasem potrzeba zupełnego przeciwieństwa, aby dostrzec siebie.


   - Nic na niego, kurwa, nie mają!
Wściekły Blaise uderzył ręką w stół. Draco patrzył na te wybuchy z pewnym dystansem. Bał się o Pansy, ale tutaj nie trzeba było bezsensownej złości. Zrobili co mogli, powiedzieli o tym, że Laurus kręcił się w nocy po korytarzach zamku. Mimo wszystko chłopak czuł wyrzuty sumienia. A gdyby zgłosili to od razu? Czy cokolwiek by to zmieniło?
    - Trzeba zająć się tym po swojemu – warknął Zabini.
    - To nie jest tego warte. Nie mamy nawet pewności...
    - Czuję się winny, rozumiesz? Mówiła mi, do cholery, że ten gnojek się na nią gapił, że jest zaniepokojona, a ja ją wyśmiałem. Powinienem jakoś ją chronić. Była... Jest moją przyjaciółką, a ja ją zawiodłem. - W głosie chłopaka pobrzmiewała rozpacz.
Draco zastanowił się nad tym przez chwilę. Sam bardzo chciał zrobić cokolwiek. Dorwać Laurusa i się zemścić, ale doskonale wiedział, jakie to pociągnie za sobą konsekwencje. Ale może obaj byli to winni Pansy? Może gdyby któryś z nich dokonał, zdaje się, że nic nieznaczącego, wyboru, to teraz byłaby z nimi?
    - Mamy jakiś plan? - zapytał w końcu z westchnieniem.
    - Chcę go po prostu dorwać.
Weszli do pustoszejącego już Pokoju Wspólnego. Rozejrzeli się po twarzach pozostałych Ślizgonów, ale nie namierzyli Laurusa. Była za to Pandora, siedziała na fotelu i w świetle kominka czytała książkę.
    - Twój brat poszedł już spać? Muszę zapytać o zadanie z transmutacji, to bardzo ważne.
Dziewczyna spojrzała na Blaise'a podejrzliwie.
    - Nie mam pojęcia, ale nie widziałam, żeby wrócił jeszcze do Pokoju Wspólnego. Chociaż w sumie już dawno jest po ciszy nocnej. - Wzruszyła ramionami.
Chłopcy spojrzeli po sobie z satysfakcją.


Światło z mojej różdżki pada na jej twarz. Musiała słyszeć moje kroki, bo gdy podszedłem, patrzyła już w górę, jakby na mnie czekając. Jej brudna, opuchnięta twarz lśni od łez. 
    - Wypuść mnie. - Jej głos nie jest już wściekły, w którymś momencie zmienił się w błagalne jęki. 
Skomle jak zranione zwierzę. Na początku wrzeszczała w jego stronę obelgi i groźby, teraz wie, że przegrała. Może tylko patrzeć na mnie w niemej prośbie o oszczędzenie jej życia. 
Siadam wygodnie i rzucam jej chleb przyniesiony z kuchni. Gdy słyszy, jak coś upada na ziemię obok niej, zaczyna błądzić rękami na ślepo, poszukując pożywienia. Gdy w końcu trafia na bochenek, wgryza się w niego zachłannie, jakby była to najsmaczniejsza rzecz pod słońcem. 
Znów myślę o nim, o jedynej osobie, która mnie naprawdę znała, przy której mogłem zrzucić swoją maskę i być sobą. Pielęgnuję codziennie we wspomnieniach jego twarz, bo to już jedyne miejsce, gdzie mogę ją zobaczyć. On żyje już tylko w moim umyśle. Wspominam na nowo dzień, w którym go poznałem. Chcę pamiętać go do końca życia, bo właśnie wtedy odnalazłem osobę, która zmieniła moje życie.
Przykładam różdżkę do krtani. 
    - Chcę ci o czymś opowiedzieć – odzywam się zniekształconym przez zaklęcie głosem. 
Dziewczyna odwraca twarz, z zawiązaną na oczach szmatą, w moją stronę. Drży na całym ciele, targana ostatkami szlochu. Nadal jest ubrana w długie spodnie od piżamy, które jeszcze wczoraj miały kolor bladoróżowy, a teraz są brązowe od pyłu i ziemi. Zadbałem, by nie było jej zimno, w jej skromnej celi panuje temperatura odpowiednia do tego ubrania. Próbuję zapewnić jej wszystko, co niezbędne, by żyła. Nie potrzebuję jej martwej, o wiele bardziej przydaje mi się teraz.
    - Nie musisz się odzywać, ale musisz tego wysłuchać w spokoju. Chcę, aby ktoś jeszcze poznał tę historię, nie mogę dłużej trzymać jej w sobie. Rozumiesz, co mówię?
Przytaknęła, a ja zastanawiam się czy to dobry pomysł. Czy na pewno chcę dzielić się z nią najintymniejszymi szczegółami mojego życia? Czy chcę, aby poznała wszystkie moje sekrety?
Bez słowa wstaję i odchodzę. Słyszy moje kroki, bo woła za mną. Pyta, gdzie idę i znów błaga i skomle. Nie chcę już więcej tego słuchać. Duszę w sobie ochotę zakopania jej żywcem. Chowam w sobie głęboko nienawiść i agresję, która mnie rozpiera. 
Naprawdę bardzo chcę komuś o tym powiedzieć, ale nie jestem w stanie. Mam wrażenie, że w momencie, gdy zacznę mówić, uderzą we mnie ostatnie miesiące. Nie potrafię przyznać tego, że już na zawsze go straciłem. 
Nie pamiętam, ile dokładnie miałem lat, gdy go spotkałem, dziewięć lub dziesięć. Był wysoki i dobrze zbudowany, pięć lat ode mnie starszy. Pamiętam jak przerażony byłem, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy.
   - Co robisz? - zapytał z nutą nagany w głosie. 
Z bijącym sercem próbowałem zakryć swoim ciałem szczątki kota, jednak krew na rękach wyglądała jeszcze bardziej podejrzanie. On spojrzał mi w oczy i zobaczyłem w nich odbicie siebie. Już jako dziecko dostrzegłem w nim ten sam mrok, który miałem w sobie i wiem, że on również to dostrzegł. 
    - Jak się nazywasz? - warknął.
Z pełną godnością podałem mu swoje nazwisko, patrząc wyzywająco intruzowi w oczy. On nie podał mi swoich danych, zmarszczył tylko brwi. 
    - Musisz być ostrożniejszy, obserwuję cię od pewnego czasu. 
Pamiętam, że zaskoczyła mnie ta odpowiedź. Spodziewałem się krzyku, zaprowadzenia do rodziców, a może nawet uderzenia za patroszenie zwierzęcia. Ale on tylko patrzył na truchło i najwidoczniej się nad czymś zastanawiał. 
    - Chodź, musimy porozmawiać – powiedział w końcu. 


Znalezienie najbliższej, otwartej i nieużywanej sali zajęło im zaledwie kilka minut. Draco nadal pozostawał sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, nawet chowając się za rogiem w oczekiwaniu na Laurusa. Blaise był o wiele bardziej zdecydowany na cały ten plan i aż rozsadzała go niecierpliwość.
Gdy wreszcie w zauważyli ubraną w szatę postać idącą w ich stronę, Zabini aż podskoczył. Poczekali jeszcze chwilę, aby przyjrzeć się tej osobie w lepszym świetle. Wysoki, szczupły, czarne włosy, zgadza się. Blaise rzucił się w stronę chłopaka, jedną ręką unieruchomił go, a zgięcie łokcia drugiej zacisnął na szyi Laurusa. Duszący się Ślizgon nie był w stanie powiedzieć nawet słowa, ale dla pewności Draco przyłożył mu różdżkę do gardła.
    - Ani słowa – syknął. - Nie opieraj się i idź spokojnie.
Zabini bardzo powoli zaczął ciągnąć chłopaka w stronę pustej sali. Gdy tylko się tam znaleźli, Malfoy zabezpieczył drzwi zaklęciem i wygłuszył pomieszczenie.
Popchnięty na ścianę Laurus uderzył mocno plecami w twardą powierzchnię. Blaise natychmiast złapał go za szatę i docisnął mocniej. Draco wolał trzymać się od tego wszystkiego z pewnym dystansem.
    - Co z nią zrobiłeś? - warknął Zabini swoim najgroźniejszym tonem.
    - To nie ja – chłopak mówił z trudem, lekko przyduszony do ściany.
    - Wiem, że to ty. Gdzie jest Pansy? Mów!
    - Spierdalaj, gringo.
    - Czy ty mnie właśnie, kurwa, obraziłeś? Czy on mnie właśnie obraził? - zwrócił się do stojącego z boku Malfoy'a.
    - Nie wiem, stary – wzruszył ramionami.
Draco już powoli nabierał pewności, że obejdzie się bez jakiś poważniejszych incydentów, a potem, widocznie coraz bardziej wściekły, Blaise zrobił coś zupełnie nieoczekiwanego. Pięść wystrzeliła w stronę chłopaka, który nie miał żadnej opcji ucieczki. Oprócz chrupotu kości po pomieszczeniu rozszedł się też dźwięk głowy uderzającej o ścianę. Zabini puścił chłopaka, który bezwładnie osunął się na ziemię, a potem kopnął go w żebra i jeszcze raz w brzuch. Malfoy rzucił się w ich stronę i stanął pomiędzy przyjacielem, a leżącym Laurusem. Odepchnął Blaise'a, używając całej swojej siły.
    - Co ci odwaliło? - wrzasnął wściekły.
    - On coś wie i nie chce powiedzieć!
    - Daj spokój, bo go zabijesz. Ej, ty! - zwrócił się do młodszego Ślizgona i trącił go butem.
Brazylijczyk powoli uchylił powieki, a Draco podciągnął rękaw szaty z blaknącym Mrocznym Znakiem.
    - Wiesz co to jest, prawda?
Lekkie skinienie głową.
    - Więc siedź lepiej cicho. Trafiłeś na fałszywy stopień albo po prostu się poślizgnąłeś. Wymyśl coś, a nie spotka cię nic gorszego, rozumiesz?
Brak reakcji.
    - Lepiej potwierdź, że rozumiesz! - krzyknął niespodziewanie, aby zastraszyć Laurusa.
Gdy uzyskali już potwierdzenie, złapał mocno przyjaciela z ramię i wyprowadził go z sali.
    - Przesadziłeś, będą z tego problemy, mówię ci.

_________________
Uff, rozdział przejściowy jakoś napisany. Ale zupełnie straciłam wenę, ktoś to czyta w ogóle? |
I zmuście mnie do ogarnięcia zakładki z bohaterami.
Buziaki,
Mary!