Rozdział V

      Hermiona w zamyśleniu przeżuwała kiełbaski, kiedy do Wielkiej Sali wleciały dziesiątki sów. Okazała paczka wylądowała przed dziewczyną, rozbryzgując przy tym mleko. Miała nadzieję, że to będzie dokładnie to, czego potrzebowała. Szybko odnalazła mały liścik przytwierdzony do szarego papieru.

Mam nadzieję, że nie potrzebujesz jej do niczego nielegalnego.
Harry.

Trochę to trwało, ale przyjaciel ostatnie dwa miesiące spędził we Francji i dopiero teraz przestał jej potrzebować Peleryny Niewidki. Hermiona odetchnęła z ulgą, że ma ją już przy sobie. Rozpromieniona tym prezentem odwróciła się do Ginny, aby przekazać jej wieści, i zamarła. Panna Weasley zaciskała dłonie na otwartym Proroku Codziennym. Jej twarz miała kolor purpury.
    - Ginny, czy coś się...
Dziewczyna nie dała jej dokończyć, tylko rzuciła na stół gazetę, wstała i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Gryfonka przez chwilę rozważała czy ruszyć za przyjaciółką, czy na własne oczy zobaczyć co tak wytrąciło ją z równowagi. Sięgnęła po gazetę. Pierwsze zobaczyła ruchome zdjęcie. Stojąca tyłem, elegancko ubrana blondynka całowała się z kimś, kto wyglądał jak...
    - To jakiś żart – warknęła Hermiona sama do siebie.
Fotografia nie była zbyt wyraźna, ale Harry'ego poznałaby wszędzie. Z niedowierzaniem przeniosła wzrok na resztę artykułu.

HARRY POTTER – chłopiec, który zdradził. 

Jak powszechnie wiadomo auror i aspirujący polityk Harry Potter (18l.), przez część społeczeństwa czarodziejów nazywany Wybrańcem, do tej pory pozostawał w szczęśliwym związku z pochodzącą z biednej rodziny Ginewrą Weasley (17l.). Mimo wielu wielbicielek pan Potter pozostawał wierny wyborowi swojego serca. Najnowsze zdjęcie, wykonane przez naszego reportera, daje sporo do myślenia, czy nie było to tylko dobrze przemyślane budowanie wizerunku. Koniec waszych zmartwień, dziewczęta, najwidoczniej bez obaw możecie próbować swoich sił w walce o względy Harry'ego Pottera, jednak nie zadowoli się on byle czym. Z tajnych źródeł mamy informację, jakoby na zdjęciu miała być Daphne Greengrass (18l.), pochodząca ze starego, poważanego rodu  dziedziczka niemałej fortuny. Czy panna Weasley okazała się zbyt biedna dla wybrańca, czy może przeważyły mankamenty urody? Spójrzcie tylko, jak idealną figurę prezentuje dziewczyna ze zdjęcia! Jednego możemy być pewni, każdy polityk potrzebuje u swojego boku kobiety z klasą! 

Hermiona z obrzydzeniem i wściekłością spojrzała na podpis dziennikarki. Wypuszczenie tej przeklętej Skeeter ze słoika było chyba jednym z jej najgorszych błędów.
Wzięła gazetę, paczkę, na myśl o której nie czuła już radości, i ruszyła na poszukiwanie przyjaciółki.


Ginny wypadła z Wielkiej Sali jak burza. Walczyła ze łzami smutku i bezsilności, próbując zmienić je we wściekłość. Wiedziała już wcześniej, że coś jest nie tak, czuła to. Szczerze mówiąc, nawet nie była szczególnie zaskoczona, gdy minął już pierwszy szok. Szła przed siebie najszybciej jak mogła, bojąc się, że gdy tylko straci jakiś cel, rozsypie się na części.
    - Weasley, zatrzymaj się! - rozpoznała głos Zabiniego i przyspieszyła jeszcze bardziej.
Chłopak jednak nie dawał za wygraną i już po chwili szli ramię w ramię, a on dyszał lekko po przebiegnięciu ponad połowy korytarza. Dziewczyna, ignorując zupełnie jego obecność, weszła do nieużywanej klasy, w której pierwotnie miała zaszyć się sama i móc się rozpłakać.
    - Czego chcesz? - warknęła, gdy tylko znaleźli się w pomieszczeniu.
    - Też prenumeruje proroka, widziałem artykuł i widziałem jak wychodzisz. To naprawdę podłe. Pomyślałem, że może dobrze by było, gdybyś nie została z tym sama. A jeżeli chcesz, to mogę siedzieć tu cicho i udawać, że nie istnieję – wyrzucił to wszystko z siebie na jednym oddechu, jakby bał się, że mu przerwie.
    - Wybieram nieodzywanie się – mruknęła z rezygnacją i usiadła ciężko na ławce.
Zbyt wielką uwagę przywiązywała do walki ze łzami, by mieć siłę do wyrzucenia Zabiniego.
     - To zwykły szmatławiec – wybuchnął po chwili ciszy. - Skeeter żyje z ludzkich nieszczęść. Potter to dupek, ale nie powinnaś dowiedzieć się o tym w ten sposób. I moim zdaniem twojej figurze niczego nie brakuje.
    - Dlaczego za mną wyszedłeś? Nawet nieszczególnie mnie lubisz. - Puściła jego wypowiedź mimo uszu, nawet fragment o figurze.
    - Pamiętam, co pisali po zaginięciu mojej matki. Daleko temu było do współczucia i szacunku. No i bardzo mi pomogłaś informacją, że mają jakiś trop. Mam wobec ciebie dług.
Powtarzała sobie w myślach, że nie może się teraz rozpłakać, ale łzy i tak zaczęły płynąć po jej policzkach, gdy na nowo przypomniała sobie o zdjęciu.
    - Poznałeś Daphne na tym zdjęciu? To ona?
    - Tak mi się wydaje. Dostała teraz dobrą posadę sekretarki w ministerstwie, żeby zdobyć doświadczenie. No i poznaję ten tyłek.
Najwidoczniej próbował zażartować, ale Ginny była już naprawdę bliska wybuchu. Odetchnęła kilka razy głęboko, powtarzając w myślach, że Blaise nie jest niczemu winien. Próbował tylko pomóc, choć bardzo nieudolnie.
    - Sekretarka. Jak typowo.
Czuła, jakby sekunda po sekundzie ktoś odrywał jej po kawałku serca. Gdy na chwilę jej myśli błądziły w inną stronę, ból powracał z podwójną siłą w momencie zderzenia z rzeczywistością. To koniec. Już nic nie dało się zrobić, ani uratować. Cokolwiek by nie powiedziała, utraciła go na zawsze, a nawet nie wie, co zrobiła źle. Może zbyt mało się starała albo wręcz przeciwnie? Może kochała go zbyt mocno? Może przesadziła w którąś stronę i sama pchnęła go w ramiona innej?
Drzwi do sali otworzyły się powoli i stanęła w nich Hermiona.
    - Wszędzie cię szukałam!
A potem zauważyła Blaise'a i zamarła. Jej wzrok wędrował od Gryfonki do Ślizgona, najwidoczniej nic z tego nie rozumiejąc.
    - Zostawię was – mruknął chłopak.
Wyminął Hermionę i wszedł z pomieszczenia. Przyjaciółka spojrzała na zrozpaczoną minę Ginny i najwidoczniej zaniechała jakichkolwiek pytań. Po prostu podeszła i przytuliła ją mocno, nic nie mówiąc. Dopiero pod wpływem opiekuńczego gestu Hermiony dziewczyna wybuchnęła płaczem.


Po pięknym, ozdobionym portretami gabinecie rozniósł się dźwięk pukania. McGonagall uniosła głowę znad ogromnej księgi i ściągnęła okulary. Machnęła różdżką, a drzwi otworzyły się ukazując jej gościa. Profesor Slughorn z ociąganiem wszedł do pokoju, jakby nie do końca był pewien czy nie woli jeszcze uciec.
    - Witaj, Minerwo. Przybyło dwóch kolejnych aurorów, aby prowadzić przesłuchania – westchnął.
    - Znowu? - spojrzała surowo na nauczyciela. - Mamy jakiś wybór?
    - Obawiam się, że nie, Minerwo.
Odwróciła się, aby spojrzeć na wiszący za nią portret Dumbledore'a. Nie odzywała się przez chwilę, zastanawiając się nad swoją obecną sytuacją.
    - Nie spodobałoby ci się to. Nie wiem, co robić, nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Jestem beznadziejną dyrektorką. - Przyłożyła palce do skroni, masując je delikatnie.
    - Rób, co musisz – odezwał się portret znajomym, krzepiącym głosem.
    - Chcę najpierw z nimi porozmawiać – zwróciła się do Slughorna.
Skinął głową i wyszedł bez słowa. Nie wiedziała, co robić. W porównaniu z tym magia i fantastyczne zwierzęta wydawały jej się łatwe. Jak poradzić sobie z ludzką psychiką i agresją? Nigdy nie mogła zrozumieć czystego zła pochodzącego od człowieka. Nie umiała znaleźć na to lekarstwa ani żadnego środka bezpieczeństwa. Mogła tylko obserwować i czekać na jakiś błąd. Wszystkie różdżki uczniów i nauczycieli zostały sprawdzone pod kątem ostatnio rzucanych zaklęć i nie wykazały niczego niepokojącego. Po zamku wciąż krążyli aurorzy i urzędnicy ministerstwa, ale byli oni szkoleni do walki z czarną magią. Uczniowie popadali w paranoję, a ona powoli czuła się na to zbyt stara. Przestudiowała po raz tysięczny wszystko co mieli i miała wrażenie, że głowa rozbolała ją jeszcze bardziej. Tak naprawdę nie mieli nic, nie znaleźli nawet noża.
Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Nie czekając na jej zaproszenie, do gabinetu weszło dwóch mężczyzn w wieku około trzydziestu lat. Obaj byli wysocy i smukli. Jeden z nich wyglądał na zdecydowanie pewniejszego siebie, czarne włosy miał starannie zaczesane do tyłu i patrzył na gabinet czujnym wzrokiem. Jego towarzysz miał brązowe włosy i bardzo pospolitą, niewyróżniającą się niczym twarz. Wydawał się lekko zagubiony i trzymał odrobinę z tyłu.
    - Podjęłam decyzję – powiedziała, zanim choćby zdążyli otworzyć usta. - Proszę, aby zabrali panowie wszystkich swoich ludzi z zamku i przekazali ministrowi Schackleboltowi moje podziękowania. Szkoła poradzi sobie z tym problemem sama.
    - Czy jest pani tego pewna? Dostaliśmy jasne instrukcje i uzyskaliśmy zgodę szkoły.
    - Tak, jestem tego pewna. Od prawie dwóch miesięcy nie zrobiliście żadnych postępów, a znajomi ofiar są zmęczeni ciągłymi pytaniami. Przekażcie moje stanowisko przełożonym.
Mężczyźni skinęli głowami, pożegnali się zdawkowo i opuścili gabinet. Minerwa jeszcze raz odwróciła się, aby spojrzeć na portret Dumbledore'a.
    - Mam nadzieję, że podjęłam słuszną decyzję.
Jej zmarły przyjaciel uśmiechnął się do niej tylko delikatnie w odpowiedzi.


Kolejny raz wróciła myślami do tego feralnego wieczora, próbując przypomnieć sobie chociaż jeden szczegół. Siedziała na fotelu pisząc ten przeklęty esej dla Blaise'a, a potem obudziła się już tutaj. Między tymi dwoma zdarzeniami w jej pamięci była ogromna luka. Nie miała pojęcia, ile czasu była nieprzytomna i jak dużo minęło od momentu, w którym się obudziła.
Oczy miała zawiązane kawałkiem materiału, którego nie mogła zdjąć i który nie przepuszczał nawet odrobiny światła. On do tej pory był u niej trzy razy, ale nie wiedziała, czy w konkretnych odstępach czasu. Codziennie? Co drugi dzień? Zupełnie przypadkowo? Do tej pory nie zrobił jej krzywdy. Przynosił jej jedzenie, a stojący obok niej kubek sam napełniał się wodą.
No cóż, to o wiele lepiej, niż skończyć z poderżniętym gardłem.
Powoli godziła się ze swoją sytuacją. Nie krzyczała, bo straciła nadzieję, że ktokolwiek ją usłyszy. Płakała tylko zaraz po jego odejściu, żeby nigdy nie zastał jej ze łzami na policzkach. Nie da mu satysfakcji. Cokolwiek od niej chciał, nie przyjdzie mu to łatwo.
Usłyszała nad sobą szelest i już wiedziała, że nadchodzi. Nie musiała długo czekać, chwilę później, z głuchym plasknięciem, spadł obok niej bochenek chleba.
    - Powiesz mi chociaż, ile tu jestem? - zapytała, poszukując po omacku pożywienia.
Prowokowała go, by się odezwał, aby powiedział cokolwiek. Mimo tej marnej próby wokół niej nadal panowała cisza. W końcu jednak postanowił ją przerwać.
    - To nieważne. Prędko stąd nie wyjdziesz, ale załatwię ci niedługo jakieś towarzystwo.
Próbowała w jego zniekształconym głosie wyczytać choć jedną znajomą nutę, o ile oczywiście znała tę osobę.
    - Nie, nie chcę towarzystwa, chcę stąd wyjść – warknęła.
Usłyszała, jak wskakuje do dołu, który był jej więzieniem. Przerażona zaczęła się cofać, aż nie trafiła na ścianę. Przyległa do niej całym ciałem, chcąc być jak najdalej od niego i błagając w myślach o to, aby jednak przeżyć ten dzień. Dyszała ciężko, adrenalina pulsowała w jej żyłach. Poczuła krótkie szarpnięcie. Napastnik złapał ją za nadgarstek i wyciągnął jej rękę w swoim kierunku. Próbowała się wyrywać i krzyczała. Jedno proste zaklęcie wycisnęło jej z piersi całe powietrze i sparaliżowało ciało. Próbowała z tym walczyć, ale była bezsilna. Ponowił chwyt i podwinął rękaw jej piżamy. Palący ból rozlał się po jej przedramieniu, gdy mężczyzna przeciągnął po nim zimne ostrze. Wrzasnęła z bólu i przerażenia, czując jak krew spływa jej po palcach i kapie na ziemię. W tym momencie wszystkie wiążące ją zaklęcia puściły i przycisnęła zranioną rękę do piersi. Mogła wyczuć, jak głębokie jest rozcięciem, z pewnością sięgało ścięgien, może nawet mięśni. Ciągnęło się od nadgarstka po zgięcie łokcia. Jeden szybki, zdecydowany ruch przesądził o jej życiu. Ból mącił jej w głowie, gdy próbowała oszacować jak wiele czasu jej zostało zanim zemdleje i się wykrwawi. Czuła, jakby siedziała na karuzeli, było jej niedobrze z bólu, a świat wokół niej zdawał się wirować.
Zawyła, gdy znów chwycił jej nadgarstek i pociągnął krwawiącą rękę w swoją stronę. Spodziewała się kolejnej dawki bólu. Dotknął przeciętej skóry. Ich przyspieszone oddechy mieszały się ze sobą. Pomyślała z obrzydzeniem, że on pławi się w jej cierpieniu. Coraz ciężej było jej złapać powietrze. I wciąż czuła na sobie jego brudny, bolesny dotyk. Chciała po prostu w końcu zemdleć i nie czuć bólu, być gdzieś indziej. Nawet nie miała siły płakać, chciała po prostu trzymać się życia jeszcze przez chwilę, jednocześnie błagając, aby ten koszmar się skończył.
A potem wszystko ustało. Z zaskoczeniem stwierdziła, że ból mija. Była pewna, że do jej mózgu przestał docierać tlen i po prostu umiera. Po przedramieniu rozlewało się przyjemne ciepło. Czemu nadal coś czuje, skoro jest martwa?
A potem oprawca wepchnął jej w dłoń mały słoiczek.
    - Nie zgub go i smaruj tym ranę, aż nie zasklepi się do końca. Jak zwykle najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy po czasie. Na szczęście mam ciebie.
Zaśmiał się i Pansy poczuła jak od tego dźwięku przechodzą ją dreszcze. Osunęła się po ścianie bez sił. Jednak żyła. Było jej słabo, tak bardzo słabo...
Słyszała jak odchodzi. To koniec, może odetchnąć. Przełykała słone łzy bólu i smutku, myśląc o swoim beznadziejnym położeniu. Może jednak lepiej było umrzeć?


To był ten wieczór. Idealny moment, żeby zacząć działać. Czekając, aż Draco w końcu zjawi się pod pokojem nauczycielskim, myślała jeszcze raz co mu powie, jeżeli nie stchórzy. Trzeba zrobić to delikatnie, tyle wiedziała. Po prostu nie miała pojęcia jak z nim rozmawiać i przekonać go do pomocy.
Wyszedł w końcu zza rogu i nawet na nią nie spojrzał. Od razu skierował się do drzwi, aby dowiedzieć się, gdzie mają się udać. Zachowywał się tak od zniknięcia Pensy, zdawał się nie zauważać Hermiony, a głupawe zaczepki zamienił na zupełną ciszę. Nadal jednak za każdym razem odprowadzał ją pod sam portret Grubej Damy, żegnał się jednym słowem i odchodził. Nie naciskała, w końcu miała spokój i nie musiała go znosić, ale dzisiaj było inaczej, dzisiaj to ona będzie musiała się odezwać.
W udziale przypadło i tym razem piąte piętro. Hermiona w myślach błagała Dracona, żeby się odezwał, chociaż najgłupszą ze swoich zaczepek. Cokolwiek, żeby mieć jakiś start. On jednak uparcie milczał, a minuty mijały. W dodatku coraz szybciej i Gryfonka miała wrażenie, że czas ucieka jej przez palce. Idąc kawałek za nim, wpatrywała się uparcie w jego czuprynę, mając nadzieję, że jakimś cudem jej nieme prośby dotrą do jego mózgu. Powoli godziła się z porażką. Czuła, jak zaczyna się stresować. Już kilka razy otwierała usta, a potem zamykała je szybko, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa.
    - Potrzebuję twojej pomocy – wypaliła w końcu, zaskakując tym nawet siebie, gdy do końca warty pozostało dziesięć minut.
Odwrócił się, a ona poczuła, jak opuszcza ją odwaga. Myśli jeszcze szybciej od niej uciekały, razem z umiejętnością składania zdań.
    - Co masz na myśli, Granger? - uniósł jedną brew i spojrzał na nią niecierpliwie.
Nie była przygotowana na to pytanie. Na każde inne zresztą też. Cały dzień przeprowadzała sobie tę rozmowę we własnych myślach, a teraz jej mózg był czarną dziurą, która pochłaniała każdy strzępek jej przygotowanego scenariusza. Próbowała improwizować, ale to nigdy nie było jej najlepszą stroną. Wolała chłodną kalkulację, przemyślane decyzje i zupełny brak spontaniczności.
    - Chcę znaleźć mordercę – słyszała, jak głupio to brzmi, ale chciała załatwić to szybko.
Prychnął.
    - Jak, przepraszam, masz zamiar tego dokonać?
    - Przede wszystkim chcę... Chcę... Chcę sojuszu – powiedziała, patrząc mu wyzywająco w oczy.
    - Z mordercą?
    - Z tobą! - zirytowała się, że zabrzmiało to tak desperacko.
Przez chwilę milczał, mierząc ją wzrokiem, a ona czuła jak policzki palą ją ze wstydu.
    - Jestem w stanie to zrozumieć, dlaczego mnie wybrałaś. Ze względu na moje osobiste motywy. Ale uświadom mnie, dlaczego chcesz go znaleźć? I dlaczego uważasz, że mimo wszystko pomogę ci w tym samobójczym planie?
    - Zależy ci a Pansy, wiem, że chcesz ją znaleźć, a przynajmniej dorwać tego zwyrodnialca. A ja... Potrzebuję czegoś do roboty, nudzę się – gdy tylko to powiedziała, zaczęła krzyczeć na siebie w myślach.
Nie mogła zdradzić swoich prawdziwych motywów, a wszystko inne brzmiało po prostu niedorzecznie.
    - Nudzisz się? - Jego brew znów powędrowała do góry.
    - Tak – postanowiła obstawać twardo przy swoim, chociaż tak naprawdę chciała tylko zapaść się pod ziemię.
Już wiedziała, że rozegrała to fatalnie. Stres zupełnie wyłączył jej myślenie, a teraz nawet nie wiedziała, jak to odkręcić. Wyciągnięcie przyjaznej dłoni do Ślizgona kosztowało ją zbyt wiele nerwów. Wszystko zepsuła, bo tak naprawdę cokolwiek by mu nie powiedziała, było to wymuszone i sztuczne.
    - Nie rób z siebie idiotki, Granger. Nie wiem, jaki jest twój prawdziwy motyw, ale mimo wszytko nie jesteś głupia i nie pakujesz się w niebezpieczeństwo bez powodu. Myślę, że z twoim rozumem poradzisz sobie sama z pakowaniem się w to bagno – mówił z przekąsem, patrząc na nią kpiąco.
    - Myślę, że możesz mieć dostęp do informacji, do których nie mam ja – próbowała się ratować, ale po jego minieidziała, że jest na straconej pozycji.
Zrobiła z siebie pośmiewisko, proponując mu współpracę. Z nim nie dało się współpracować. Przecież nawet się nie lubili, ca najwyżej tolerowali dla potrzeb wypełniania obowiązków.
    - Mówię to pierwszy i ostatni raz. Nie mieszaj się w to Granger, bo to nie jest twoja sprawa i nie szukaj na siłę przyjaciół. Powinniśmy już wracać. Odprowadzę cię, ale nie kontynuuj tej rozmowy.
Patrzył na nią chłodno, ale też czujnie i podejrzliwie. Nie odzywał się aż do Wieży Gryffindoru, a Hermiona czuła się tak upokorzona własną głupotą, że miała ochotę położyć się do łóżka i więcej nie wychylić głowy spod kołdry. Jedyną pociechą było, że najwidoczniej nawet gdyby rozegrała to lepiej, Malfoy i tak posłałby ją w diabły. Skąd w ogóle w jej głowie zrodził się pomysł, żeby mu to zaproponować?
Gdy mieli już się rozstawać, Draco niespodziewanie się odezwał.
    - Słuchaj, Granger, do tej pory to ty byłaś tą wrogo nastawioną jednostką. Próbowałem cię zaczepiać, nawet infantylnie, a ty odpowiadałaś gniewem. Dlaczego?
Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy. To nie był moment na kłamstwa. Co miała do stracenia robiąc z siebie kompletną idiotkę już wcześniej? Uniosła różdżkę do swojego gardła i rozświetliła ją. Widziała, jak jego wzrok wędruje do cienkiej linii blizny, którą pozostawił nóż Bellatrix, gdy Hermiona była przetrzymywana w Dworze Malfoyów. Dziewczyna odczytała z grymasu jego twarzy, że dobrze o tym pamiętał.
    - Bo widzę w tobie odbicie wojny – szepnęła.

___________________________________________

Witam!
Trochę mnie tu nie było, ale za to rozdział jet dłuższy i, mam nadzieję, że ciekawy. Dajcie mi koniecznie znać, jak wypadł fragment z Pansy, bo mam wrażenie, że trochę przedobrzyłam :D
Skoro zaczęłam już temat mojej nieobecności, to może powiem Wam, jak wygląda moje pisanie rozdziału. Wszystko powstaje w zeszycie albo na jakiś przypadkowych kartkach, bo nie chce mi się taszczyć przez całe miasto laptopa do pracy. Potem zabieram się jakoś w sobie, przepisuję to, zgrywam na pendrive'a i zanoszę do chłopaka, bo mój zepsuty komputer nie łączy mi się z internetem. Właśnie dlatego czasem będą się pojawiać dłuższe odstępy czasowe. Z tego samego powodu nadal nie zrobiłam zakładki z bohaterami :D Prawdopodobnie jeszcze dzisiaj skończę ją robić, więc zapraszam tam serdecznie :3

Opowiadajcie jak minęły Wam wakacje! Gdzie byliście? Jak mija Wam szkoła, lub ostatnie wolne tygodnie? Ja właśnie wróciłam z Austrii i nie spodziewałam się, że ten kraj jest taki piękny! Udało mi się jeszcze spędzić kilka dni w dworku koło Polanicy, zobaczyć Pragę i usmażyć się na well done na Malcie. I w sumie to trochę mi smutno, bo właśnie wróciłam z ostatniego wyjazdu w tym roku :/ Miałam tak aktywne ostatnie osiem miesięcy i zobaczyłam tyle pięknych miejsc, że nie mam pojęcia jak usiedzę w Polsce do przyszłych wakacji, bo w tym roku na ferie nic nie zaplanowałam! :C

Dobra, koniec tego, bo powoli robi się dłuższe, niż rozdział! :D
Jak ktoś doczytał do końca moje żale, to pozdrawiam bardzo serdecznie :*


EDIT: Zakładka z bohaterami już jest, miło mi będzie, jak tam zajrzycie! :)

Rozdział IV

Informacje po korytarzach Hogwartu rozchodzą się szybciej, niż ktokolwiek byłby w stanie pomyśleć i przewidzieć. Już pomiędzy śniadaniem a pierwszą lekcją zaczęły się plotki o rzekomym zniknięciu Pansy Parkinson. Uczniowie szeptali po kątach przekazując sobie wieści, które w większości wypadków nie miały wiele wspólnego z faktami. Jedyną pewną rzeczą było to, że Ślizgonka nie pojawiła się rano w Wielkiej Sali i najprawdopodobniej nie spała tej nocy we własnym łóżku. Niektóre młodsze uczennice utrzymywały uparcie, że słyszały jak po północy ktoś krzyczał, a jeden Puchon rozpowiadał kolegom, że widział na posadzce korytarza ślady krwi, ale zanim zdążył komukolwiek je pokazać, zniknęły.
   - Nie macie nic ciekawszego do roboty? - warknął rozwścieczony Zabini w stronę grupki dzieciaków.
Młodzi Ślizgoni spojrzeli na niego wielkimi z przerażenia oczami i rozpierzchli się w różnych kierunkach.                
   - Blaise, daj spokój – mruknął idący za nim Draco.
Chłopak spojrzał na przyjaciela z nieskrywaną irytacją, ale nic mu nie odpowiedział. Niemożliwie drażnił go spokój Malfoy'a. Jakim cudem nie dawał po sobie poznać złości albo strachu o życie Pansy? Był zawsze obojętny i zimny, jakby zależało od tego jego życie. Emocje ukrywał głęboko w sobie i nie dawał nikomu do nich choćby najmniejszego dostępu, nawet, gdy ogromnie cierpiał.
   - Nie czekaj na mnie, muszę coś jeszcze załatwić. - Chciał choć na chwilę zostać sam na sam ze swoimi myślami.
Gdy tylko blondyn odszedł, mógł w kocu odetchnąć i ruszyć w stronę lochów bez żadnego towarzystwa. Nie spieszył się, ale nie znał też innego miejsca, gdzie mógłby się teraz udać.
   - Zabini! Hej, Zabini! - Usłyszał wołanie i odwrócił się szybko.
Ginny Weasley machała do niego omijając w biegu innych uczniów.
   - Co jest? - zapytał, patrząc na jej zarumienioną twarz.
   - Ja... Ja miałam ci nie mówić, ale dostałam list od Rona.
Poczuł jak serce zatrzymuje mu się w piersi. Wreszcie doczekał się jakichkolwiek informacji. Spojrzał na dziewczynę wyczekując choć jednego słowa.
   - Nie żyje? - wykrztusił z siebie przez ściśnięte gardło.
   - Co? Nie! Trafili na jej ślad! Trop nie jest szczególnie pewny, ale to zawsze coś.
Usiadł na schodach, wypuszczając ze świstem powietrze. Usadowiła się obok niego i niepewnie położyła mu dłoń na ramieniu.
   - Wszystko dobrze? Miałam nie mówić, aby ci nie robić nadziei, ale myślę, że... Że bardzo jej teraz potrzebujesz.
Nawet nie mogła sobie wyobrazić, jak bardzo to doceniał. To, że mu powiedziała oraz to, że, mimo wszystkiego co ich dzieliło, okazała się dobrą osobą. To była pierwsza informacja o jego matce, odkąd  pewnego dnia wrócił do domu i zastał tam zupełny bałagan. Brakowało biżuterii, kosztowności i jego matki. Nie zostawiła żadnego listu, a jej wcześniejsze zachowanie nie wskazywało, że chce uciec, zostawiając wszystko, co kochała.
   - Dlaczego coś złego dzieje się wszystkim, na których mi zależy? - zapytał ukrywając twarz w dłoniach.
Nie oczekiwał, że odpowie. Rzucił to pytanie w eter, mając świadomość, że tak naprawdę nikt nie będzie w stanie dać mu rozwiązania.
   - One się odnajdą, obie. Nie możesz zakładać najgorszego. Tylko, że czasami coś się po prostu dzieje i nie mamy na to wpływu.
Wstał gwałtownie, a Ginny szybko ściągnęła dłoń z jego ramienia.
   - Dziękuję – rzucił i ruszył w dół schodów.
Chciał jak najszybciej znaleźć się sam, bo oczy piekły go od powstrzymywania łez.


Hermiona przez cały obiad wpatrywała się w ludzi siedzących przy stole Slytheriu. Po kolei patrzyła to na Notta, to na Zabiniego, to na Malfoy'a. Odkąd dowiedziała się o zniknięciu Parkinson postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, koniec z ukrywaniem się w dormitorium. W pierwszej kolejności chciała porozmawiać z kimś z otoczenia Pansy, skoro ktoś chciał ją wciągnąć w grę, to proszę bardzo. Rozważyła każdą kandydaturę po kolei. Z Teodorem prawdopodobnie nigdy nie zamieniła nawet jednego słowa, a teraz wyglądał, jakby zamknął się w sobie jeszcze bardziej. Blaise mógłby być dobrym celem, ale był impulsywny i nie wiedziała, czy da radę jakoś subtelnie go wypytać. Gdyby szukała sojusznika, mógłby być złym wyborem. Za to Malfoy... Miała do niego idealny dostęp podczas patroli. W dodatku był skryty i próbował nawiązać z nią kontakt. A na dodatek było widać po nim, że jest wściekły. Złość napędzała o wiele skuteczniej, niż smutek. Nie poradzi sobie sama, a Malfoy ma motywację, żeby dopaść tę osobę, pomóc jej choć trochę. Jeżeli tylko dobrze to rozegra... I jeżeli przełknie dumę i niechęć do niego, z czym mogłoby być zdecydowanie trudniej.
   - Chciałabyś może pójść po obiedzie na błonia?
Hermiona odwróciła się i spojrzała prosto w wielkie oczy pochylającej się nad nią Luny.
   - Jasne, czemu nie? - odparła, myślami będąc zupełnie gdzie indziej.


Dziewczyny szły brzegiem jeziora szczelnie otulone szatami. Ich splątane włosy unosiły się pod wpływem silnych podmuchów wiatru, mrożących aż do kości. Krukonka nie odzywała się, tylko wpatrywała w ciszy w zmąconą wodę.
   - Myślę, że uciekła – powiedziała w końcu cicho.
   - Słucham?
   - Ta dziewczyna. Słyszałam od ojca, że zna jej rodzinę. Podobno jej matka od dawna marzyła, żeby uciec z pewnym Argentyńczykiem. Myślę, że uciekła razem z nią.
Hermiona westchnęła. Na usta cisnęło jej się kilka faktów z Magicznej historii Hogwartu na temat niemożliwości ucieczki z zamku, ale zdusiła to w sobie.
    - To mało prawdopodobne w tle ostatnich wydarzeń – powiedziała tylko.
Od zakończenia wojny Hermiona spędzała z Luną o wiele więcej czasu niż kiedyś. Może potrzebowała trochę oderwania od niezawodnej logiki? Siedziały razem w Norze przez część wakacji i ich relacje stawały się coraz bardziej przyjacielskie. Nie mogła porównywać do rozmów z wesołą, energiczną Ginny, ale czasem potrzeba zupełnego przeciwieństwa, aby dostrzec siebie.


   - Nic na niego, kurwa, nie mają!
Wściekły Blaise uderzył ręką w stół. Draco patrzył na te wybuchy z pewnym dystansem. Bał się o Pansy, ale tutaj nie trzeba było bezsensownej złości. Zrobili co mogli, powiedzieli o tym, że Laurus kręcił się w nocy po korytarzach zamku. Mimo wszystko chłopak czuł wyrzuty sumienia. A gdyby zgłosili to od razu? Czy cokolwiek by to zmieniło?
    - Trzeba zająć się tym po swojemu – warknął Zabini.
    - To nie jest tego warte. Nie mamy nawet pewności...
    - Czuję się winny, rozumiesz? Mówiła mi, do cholery, że ten gnojek się na nią gapił, że jest zaniepokojona, a ja ją wyśmiałem. Powinienem jakoś ją chronić. Była... Jest moją przyjaciółką, a ja ją zawiodłem. - W głosie chłopaka pobrzmiewała rozpacz.
Draco zastanowił się nad tym przez chwilę. Sam bardzo chciał zrobić cokolwiek. Dorwać Laurusa i się zemścić, ale doskonale wiedział, jakie to pociągnie za sobą konsekwencje. Ale może obaj byli to winni Pansy? Może gdyby któryś z nich dokonał, zdaje się, że nic nieznaczącego, wyboru, to teraz byłaby z nimi?
    - Mamy jakiś plan? - zapytał w końcu z westchnieniem.
    - Chcę go po prostu dorwać.
Weszli do pustoszejącego już Pokoju Wspólnego. Rozejrzeli się po twarzach pozostałych Ślizgonów, ale nie namierzyli Laurusa. Była za to Pandora, siedziała na fotelu i w świetle kominka czytała książkę.
    - Twój brat poszedł już spać? Muszę zapytać o zadanie z transmutacji, to bardzo ważne.
Dziewczyna spojrzała na Blaise'a podejrzliwie.
    - Nie mam pojęcia, ale nie widziałam, żeby wrócił jeszcze do Pokoju Wspólnego. Chociaż w sumie już dawno jest po ciszy nocnej. - Wzruszyła ramionami.
Chłopcy spojrzeli po sobie z satysfakcją.


Światło z mojej różdżki pada na jej twarz. Musiała słyszeć moje kroki, bo gdy podszedłem, patrzyła już w górę, jakby na mnie czekając. Jej brudna, opuchnięta twarz lśni od łez. 
    - Wypuść mnie. - Jej głos nie jest już wściekły, w którymś momencie zmienił się w błagalne jęki. 
Skomle jak zranione zwierzę. Na początku wrzeszczała w jego stronę obelgi i groźby, teraz wie, że przegrała. Może tylko patrzeć na mnie w niemej prośbie o oszczędzenie jej życia. 
Siadam wygodnie i rzucam jej chleb przyniesiony z kuchni. Gdy słyszy, jak coś upada na ziemię obok niej, zaczyna błądzić rękami na ślepo, poszukując pożywienia. Gdy w końcu trafia na bochenek, wgryza się w niego zachłannie, jakby była to najsmaczniejsza rzecz pod słońcem. 
Znów myślę o nim, o jedynej osobie, która mnie naprawdę znała, przy której mogłem zrzucić swoją maskę i być sobą. Pielęgnuję codziennie we wspomnieniach jego twarz, bo to już jedyne miejsce, gdzie mogę ją zobaczyć. On żyje już tylko w moim umyśle. Wspominam na nowo dzień, w którym go poznałem. Chcę pamiętać go do końca życia, bo właśnie wtedy odnalazłem osobę, która zmieniła moje życie.
Przykładam różdżkę do krtani. 
    - Chcę ci o czymś opowiedzieć – odzywam się zniekształconym przez zaklęcie głosem. 
Dziewczyna odwraca twarz, z zawiązaną na oczach szmatą, w moją stronę. Drży na całym ciele, targana ostatkami szlochu. Nadal jest ubrana w długie spodnie od piżamy, które jeszcze wczoraj miały kolor bladoróżowy, a teraz są brązowe od pyłu i ziemi. Zadbałem, by nie było jej zimno, w jej skromnej celi panuje temperatura odpowiednia do tego ubrania. Próbuję zapewnić jej wszystko, co niezbędne, by żyła. Nie potrzebuję jej martwej, o wiele bardziej przydaje mi się teraz.
    - Nie musisz się odzywać, ale musisz tego wysłuchać w spokoju. Chcę, aby ktoś jeszcze poznał tę historię, nie mogę dłużej trzymać jej w sobie. Rozumiesz, co mówię?
Przytaknęła, a ja zastanawiam się czy to dobry pomysł. Czy na pewno chcę dzielić się z nią najintymniejszymi szczegółami mojego życia? Czy chcę, aby poznała wszystkie moje sekrety?
Bez słowa wstaję i odchodzę. Słyszy moje kroki, bo woła za mną. Pyta, gdzie idę i znów błaga i skomle. Nie chcę już więcej tego słuchać. Duszę w sobie ochotę zakopania jej żywcem. Chowam w sobie głęboko nienawiść i agresję, która mnie rozpiera. 
Naprawdę bardzo chcę komuś o tym powiedzieć, ale nie jestem w stanie. Mam wrażenie, że w momencie, gdy zacznę mówić, uderzą we mnie ostatnie miesiące. Nie potrafię przyznać tego, że już na zawsze go straciłem. 
Nie pamiętam, ile dokładnie miałem lat, gdy go spotkałem, dziewięć lub dziesięć. Był wysoki i dobrze zbudowany, pięć lat ode mnie starszy. Pamiętam jak przerażony byłem, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy.
   - Co robisz? - zapytał z nutą nagany w głosie. 
Z bijącym sercem próbowałem zakryć swoim ciałem szczątki kota, jednak krew na rękach wyglądała jeszcze bardziej podejrzanie. On spojrzał mi w oczy i zobaczyłem w nich odbicie siebie. Już jako dziecko dostrzegłem w nim ten sam mrok, który miałem w sobie i wiem, że on również to dostrzegł. 
    - Jak się nazywasz? - warknął.
Z pełną godnością podałem mu swoje nazwisko, patrząc wyzywająco intruzowi w oczy. On nie podał mi swoich danych, zmarszczył tylko brwi. 
    - Musisz być ostrożniejszy, obserwuję cię od pewnego czasu. 
Pamiętam, że zaskoczyła mnie ta odpowiedź. Spodziewałem się krzyku, zaprowadzenia do rodziców, a może nawet uderzenia za patroszenie zwierzęcia. Ale on tylko patrzył na truchło i najwidoczniej się nad czymś zastanawiał. 
    - Chodź, musimy porozmawiać – powiedział w końcu. 


Znalezienie najbliższej, otwartej i nieużywanej sali zajęło im zaledwie kilka minut. Draco nadal pozostawał sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, nawet chowając się za rogiem w oczekiwaniu na Laurusa. Blaise był o wiele bardziej zdecydowany na cały ten plan i aż rozsadzała go niecierpliwość.
Gdy wreszcie w zauważyli ubraną w szatę postać idącą w ich stronę, Zabini aż podskoczył. Poczekali jeszcze chwilę, aby przyjrzeć się tej osobie w lepszym świetle. Wysoki, szczupły, czarne włosy, zgadza się. Blaise rzucił się w stronę chłopaka, jedną ręką unieruchomił go, a zgięcie łokcia drugiej zacisnął na szyi Laurusa. Duszący się Ślizgon nie był w stanie powiedzieć nawet słowa, ale dla pewności Draco przyłożył mu różdżkę do gardła.
    - Ani słowa – syknął. - Nie opieraj się i idź spokojnie.
Zabini bardzo powoli zaczął ciągnąć chłopaka w stronę pustej sali. Gdy tylko się tam znaleźli, Malfoy zabezpieczył drzwi zaklęciem i wygłuszył pomieszczenie.
Popchnięty na ścianę Laurus uderzył mocno plecami w twardą powierzchnię. Blaise natychmiast złapał go za szatę i docisnął mocniej. Draco wolał trzymać się od tego wszystkiego z pewnym dystansem.
    - Co z nią zrobiłeś? - warknął Zabini swoim najgroźniejszym tonem.
    - To nie ja – chłopak mówił z trudem, lekko przyduszony do ściany.
    - Wiem, że to ty. Gdzie jest Pansy? Mów!
    - Spierdalaj, gringo.
    - Czy ty mnie właśnie, kurwa, obraziłeś? Czy on mnie właśnie obraził? - zwrócił się do stojącego z boku Malfoy'a.
    - Nie wiem, stary – wzruszył ramionami.
Draco już powoli nabierał pewności, że obejdzie się bez jakiś poważniejszych incydentów, a potem, widocznie coraz bardziej wściekły, Blaise zrobił coś zupełnie nieoczekiwanego. Pięść wystrzeliła w stronę chłopaka, który nie miał żadnej opcji ucieczki. Oprócz chrupotu kości po pomieszczeniu rozszedł się też dźwięk głowy uderzającej o ścianę. Zabini puścił chłopaka, który bezwładnie osunął się na ziemię, a potem kopnął go w żebra i jeszcze raz w brzuch. Malfoy rzucił się w ich stronę i stanął pomiędzy przyjacielem, a leżącym Laurusem. Odepchnął Blaise'a, używając całej swojej siły.
    - Co ci odwaliło? - wrzasnął wściekły.
    - On coś wie i nie chce powiedzieć!
    - Daj spokój, bo go zabijesz. Ej, ty! - zwrócił się do młodszego Ślizgona i trącił go butem.
Brazylijczyk powoli uchylił powieki, a Draco podciągnął rękaw szaty z blaknącym Mrocznym Znakiem.
    - Wiesz co to jest, prawda?
Lekkie skinienie głową.
    - Więc siedź lepiej cicho. Trafiłeś na fałszywy stopień albo po prostu się poślizgnąłeś. Wymyśl coś, a nie spotka cię nic gorszego, rozumiesz?
Brak reakcji.
    - Lepiej potwierdź, że rozumiesz! - krzyknął niespodziewanie, aby zastraszyć Laurusa.
Gdy uzyskali już potwierdzenie, złapał mocno przyjaciela z ramię i wyprowadził go z sali.
    - Przesadziłeś, będą z tego problemy, mówię ci.

_________________
Uff, rozdział przejściowy jakoś napisany. Ale zupełnie straciłam wenę, ktoś to czyta w ogóle? |
I zmuście mnie do ogarnięcia zakładki z bohaterami.
Buziaki,
Mary!

Rozdział III

    Ginny Weasley patrzyła jak jej przyjaciółka śpi niespokojnie. Hermiona co chwilę przewracała się z boku na bok i mamrotała niezrozumiałe wyrazy. Pościel wokół niej była mokra od potu. Obie delikatne próby obudzenia jej spełzły na niczym, więc dziewczyna spróbowała raz jeszcze. Tym razem potrząsnęła nią mocniej i panna Granger spojrzała na nią pełnymi przerażenia oczami.
      - To tylko ja - powiedziała spokojnie - dobrze się czujesz? Prawie ominęło cię śniadanie.
      - Nie chcę jeść, chyba się czymś zatrułam. Powinnam zostać w łóżku.
    Ginny przyłożyła wierzch dłoni do czoła przyjaciółki, aby sprawdzić temperaturę. Wszystko jednak wydało jej się w normalnie.
      - Widziałam liścik - odezwała się w końcu, bojąc się poruszyć ten temat.
    Brązowe oczy znów wypełniły się przerażeniem. Dziewczyna wstrzymała oddech, najwidoczniej zbyt wystraszona, by się odezwać.
      - Nie martw się- ciągnęła Ginny nie czekając na odpowiedź. - Może chociaż tobie odpisze.
      - Odpisze mi? Kto??
      - Harry! Pisałaś do niego przecież, list leżał na biurku, prosiłaś aby przesłał ci pelerynę. Co się dzieje?
      - Nic, naprawdę. Po prostu... Po prostu mi niedobrze. Porozmawiamy potem.
      - Chcesz, żebym go wysłała? -  zapytała z westchnieniem.
     Przyjaciółka przytaknęła i ukryła pod kołdrą tak, że można było zobaczyć jedynie jej włosy.
Ginny zabrała więc list, rzuciła Hermionie niepewne spojrzenie i wyszła z dormitorium.
Przez całą drogą do sowiarni myślała o kierunku w jakim idzie jej życie. Przez chwilę miała wszystko. Miłość, szczęście, poczucie stabilizacji i pewność. Harry był światłem w jej życiu odkąd go poznała. Odkąd nie mogła w jego obecności wymówić choćby słowa i odkąd ją uratował gdy opętał ją Voldemort. Zawsze był jej bohaterem, a teraz był tak daleko... Odkąd zaczął pracę jako auror wszystko się zmieniło, spoważniał i zaczął cenić swoją pracę wyżej niż ich związek. Czy dało się to uratować? Czy to wszystko dążyło już tylko do zagłady?
    W sowiarni już ktoś był. Blaise Zabini przywiązywał właśnie list do nóżki ogromnego puchacza.
Zaszczycił Ginny krótkim spojrzeniem i znów skupił całą uwagę na sowie.
      - Hej, Weasley. Ja...
      - Nie, Zabini, nadal nie wiedzą gdzie przebywa twoja matka - przerwała mu, nim zdążył dokończyć.
      - Ach, myślałem, że może Potter... Albo twój brat...
      - Nie rozmawiamy o pracy.
    Właściwie było jej go szkoda. Po obaleniu Voldemorta jego matka zniknęła i szukało jej kilku aurorów. Mogła uciec, zostać porwana lub zamordowana, a jej syn nie miał nawet pojęcia co się z nią stało. Pomyślała o swojej matce i o tym, co przeżywała przez ostatni rok.
      - Jeżeli będę wiedziała cokolwiek to z pewnością ci o tym powiem - dodała łagodniej. Odwrócił się do niej z nikłym uśmiechem.
      - Dzięki. Gdybyś chciała kiedyś pogadać o... O czymkolwiek, to zawsze możesz się do mnie zgłosić.
      - Wątpię, żebym z tego skorzystała - zaśmiała się. - Możesz być jednak pewien, że skontaktuję się z Ronem w sprawie twojej matki i wypytam go.
    Wyraz jego twarzy nieznacznie się zmienił, co nie uszyło jej uwadze. Być może wychwycił to, że nie wspomniała nic o Harry'm. Nie miała odwagi drążyć już tego tematu. Wypuściła sowę i wyszła bez pożegnania.



    Dziewczyna szczelniej otuliła się swoim bordowym swetrem. Mimo chłodu i gęsiej skórki na ciele wciąż siedziała na błoniach i odrabiała pierwsze domowe zadania. Dla niej weekend nie był żadnym powodem do lenistwa, szczególnie, że chciała pokazać się w tej szkole z jak najlepszej perspektywy. W Brazylii wszystko było inaczej. Miała przyjaciół, dobry kontakt z nauczycielami i oceny powyżej średniej. A potem była ta straszna noc, gdy pakowali się przy krzykach matki i musieli uciekać z kraju jak najdalej. Nie obwiniała o to Laurusa, ale mimo wszystko... Zacisnęła powieki, aby odgonić od siebie widok krwi. Nie mogła mieć pretensji, to po prostu się stało. Jednak w chłodnej mglistej Wielkiej Brytanii brakowało jej parzącego słońca, długich dni. Nie umiała się tutaj odnaleźć i być szczęśliwa. To nie był jej dom....Straciła swoje życie i nie mogła już go odzyskać. Ludzie w jej nowym domu byli uprzejmi, ale wyczuwała dystans, który ich oddzielał. Nikt nawet nie próbował się z nią zaprzyjaźnić, to byli zupełnie obcy ludzie, miała już tylko Laurusa.
      - Hej, Pandora! - usłyszała wołanie za swoimi plecami i odwróciła się.
    Teodor Nott zmierzał w jej kierunku z delikatnym uśmiechem na twarzy.
      - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam - usiadł obok niej na trawie.
Zaprzeczyła. Nott był miły. W pierwszy dzień szkoły, tuż po ceremonii trochę rozmawiali i wyglądało na to, że ją polubił, ona jego z resztą też. Jako jedyny okazał jej szczere zainteresowanie i życzliwość.
    Siedzieli w ciszy, najwidoczniej on tez nie należał do rozmownych osób. Nie przeszkadzało jej to, miło było czuć obok siebie jego niemą obecność.
      - Chyba marzniesz - powiedział, gdy po raz kolejny zadrżała pod wpływem podmuchu silniejszego wiatru. Zdjął swój cienki, jesienny płaszcz i delikatnie okrył nim ramiona dziewczyny, kolejny miły gest.
      - Nie chcesz wracać do zamku?
      - Nie, chciałabym jeszcze chwilę tu posiedzieć. To jezioro jest takie piękne. Spójrz, jak cudownie mienią się w nim promienie słońca. Dla ciebie to z pewnością codzienność.
    W starej szkoły nie było spokojnie. Tereny były równie piękne, ale bardziej dzikie.
Bajowy zamek usytuowany pośrodku puszczy dawał im schronienie przed słońcem, ale roiło się tam od dziwacznych stworzeń oraz egzotycznych roślin. Męczący, tropikalny klimat dawał się wszystkim we znaki, a ulewy i burza łamały drzewa i uniemożliwiał wychodzenie. Tak piękna czysta wody była dla Pandory czymś magicznym, spokojnym i pewnym. Słońce było tu delikatniejsze i dawało więcej radości. Do chłodu możną się przyzwyczaić, przywykła przecież do zimna w swoim sercu.
      - Tak, to dla mnie codzienność - odpowiedział po dłuższej chwili. - Mimo tego doceniam to miejsce i piękno przyrody. Możemy tu zostać jak długo będziesz chciała.
    Uśmiechnęła się w podziękowaniu. Może jeszcze będzie dobrze, może znajdzie tu przyjaciół i wszystko jakoś się ułoży. Może...



    Hermiona cały miesiąc przeleżała w swoim dormitorium udając już wszystkie choroby świata. Po lekcjach wracała do łóżka lub zaszywała się w bibliotece. Na posiłki praktycznie nie schodziła. Ginny systematycznie donosiła jej tosty i przemycała obiady. Nie zadawała zbyt wielu pytań, uwierzyła w wymówki o tęsknocie i wspomnieniach z wojny. A nawet jeżeli nie, to nie dała tego po sobie poznać.
    Po wiadomości, którą Gryfonka otrzymała nie była w stanie normalnie funkcjonować. Data na liściku mogła być przypadkowa, a oprócz niej wiedziała o tym tylko jedna osoba. Po dokładnym przemyśleniu sprawie nie miała wątpliwości, kto był nadawcą. Ale co ona miała z tym wszystkim wspólnego? Co wspólnego miał z tym wszystkim ten duszny, lipcowy wieczór?
    Lekcje dłużyły jej się jak nigdy przez ostatnie siedem lat. Odliczała minuty, aby znów móc zasnuć się w swoim łóżku i nie rozmawiać już z nikim. Jeszcze gorzej czuła się, gdy przypomniała sobie, że w trzy wieczory w tygodniu miała patrole z Malfoy'em. Był ostatnią osobą, z którą miała ochotę rozmawiać w tym stanie. Teraz już po prostu snuli się po korytarzach w ciszy. Przestała odpowiadać nawet na te najgłupsze prowokacje z jego strony. W dodatku pogłębiły się jej lęki i nocne chodzenie po zamku nie wydawało się już takie bezpieczne. Ten ktoś wiedział o jej istnieniu, może nawet ją obserwował? Może to Malfoy? A ona znów zostanie z nim tylko sama. Karciła się w duchu za popadanie w paranoję. Widziała przerażonego Dracona podczas bitwy o Hogwart,on nie byłby w stanie zamordować kogoś z zimną krwią. Miał już tyle szans, aby poderżnąć jej gardło.
    Postępy w znalezieniu mordercy stanęły w martwym punkcie. Przesłuchani zostali wszyscy uczniowie, zamek dokładnie sprawdzony. Wszyscy zaczęli już wierzyć, że był to jednorazowy atak i powoli zaczynali czuć się znów bezpieczniej. W połowie października wszyscy przywykli do wizyt urzędników ministerstwa, ale sprawa pozostała nierozwiązana.



    Przemyślenia Hermiony na temat jej aktualnej sytuacji życiowej przerwał ostatni tego dnia dzwonek. Zdecydowała się jednak, aby iść tego dnia na obiad i w końcu zacząć myśleć i obserwować. Ta osoba musiała się czymś zdradzić, czymkolwiek. O ile naprawdę nie był to ktoś spoza zamku. Czuła, że popada w paranoję, ale ta osoba wiedziała... Mogła zniszczyć jej życie.
    Dopiero przed patrolem przestała nerwowo przypatrywać się każdej mijanej osobie. Czy tego chciał? Żeby popadła w obłęd i postradała zmysły? To była jej kara, wiedziała o tym
    Tym razem przypadło im w udziale najgorsze, według Hermiony, miejsce, czyli lochy. Najzimniejsza i najbardziej ponura część zamku. Szczególnie nocą. Światła pochodni rzucały po korytarzu długie niespokojnie cienie.
      - Byłaś na obiedzie, w końcu wyszłaś ze swojej jamy - odezwał się Draco po kilkunastu minutach.
      - Nawet nie próbuj mnie zagadywać - warknęła w odpowiedzi.
    Wszystkie jej zmysły były wytężone. Ten ktoś mógł się przecież kręcić po zamku a ona nie mogła tego przeoczyć.
      - Słuchaj, nieszczególnie marzę o kilku godzinach ciszy. Znowu.
      - A ja nieszczególnie marzę o wymuszonej rozmowie z tobą.
    A może to jednak on? Może tylko próbuję uśpić jej czujność irytującymi odzywkami? Uspokój się, spędzasz z nim tyle czasu, że powinnaś już nie żyć.
      - Czy oni w ogóle coś robią? - Najwidoczniej nie wziął sobie jej odpowiedzi do serca. - Ciągle są tylko patrole i wzmożona czujność, ale żadnych oznak pościgu. Aurorzy też niezbyt coś robią. Minęło półtora miesiąca, do jasnej cholery.
    Zrezygnowała z odpowiedzi mając nadzieję, że to uciszy Ślizgona.
    Po godzinie korytarz był tak samo nieprzyjemny i obcy jak na początku. Po lochach krążyło tylko echo ich kroków i nie zakłócał tego choćby najmniejszy inny dźwięk. A potem usłyszeli jak coś uderza w posadzkę na końcu korytarza. Przestraszona dziewczyna złapała Dracona za rękaw szaty, w odpowiedzi posłał jej pełne podekscytowania spojrzenie. Dla niego to wszystko było zabawą, polowaniem. Ścisnęli mocniej różdżki i ruszyli w stronę z której wydobył się dźwięk. Dziewczyna czuła jak serca próbuję uciec jej z piersi. Kroki. Ktoś uciekał. Rzucili się pędem w tamtą stronę. Draco delikatnie przytrzymał dziewczynę i wysunął się na prowadzenie. Chciał ją chronić czy nie psuć sobie rozrywki?  Uciekinier nawet nie ukrywał już swojej obecności, widzieli przed sobą jego poruszający się cień. W korytarzu ich kroki dudniały niczym wystrzały. Różdżka Malfoy'a rozjaśniła lochy czerwonym światłem i intruz runął z hukiem na ziemię.
      - Kogo my tu mamy? - zapytał  Ślizgon z nieskrywaną satysfakcją w glosie.
Hermiona oświetliła posadzkę przy pomocy swojej różdżki ich oczom ukazała się nieprzytomny Laurus.
      - No świetnie, mój dom. Taka hańba.
      - Spodziewałeś się czegoś innego? - odpowiedziała sarkastycznie.
    Draco cofnął zaklęcie i chłopak otworzył oczy i szybko pozbierał się z ziemi. Żadne z prefektów nie opuściło swojej różdżki.
      - Co tu robisz o tej porze? - zapytała Hermiona. - Opuszczanie pokojów wspólnych po zmroku jest zakazane. Slytherin traci pięćdziesiąt punktów.
    Malfoy jęknął.
      - Nie tak ostro, zlutuj się Granger. A ty- zwrócił się do młodszego Ślizgona - słyszałeś jej pytanie, odpowiadaj.
      - Chciałem się tylko przewietrzyć. - Patrzył na nich czujnie i spokojnie. - Umiem się obronić.
      - Włąśnie widzieliśmy - zironizował Malfoy - Zmiataj stąd i lepiej, żebym cię więcej nie widział po zmroku, rozumiemy się?
    Laurus bez słowa wyminął ich i odszedł. Odprowadzili go wzorkiem aż do pokoju wspólnego Slytherinu.
      - Musimy to zgłosić - powiedziała Hermiona.
      - Po co? To tylko bezczelny szczyl.
      - Jest tylko rok młodszy od nas - poprawiła go automatycznie.
      - Nieważne. Nie ma po co robić zamieszania, wystraszył się, dostał nauczkę, więcej nie wyjdzie.
      - A jeżeli to on?
      - Czy Ty aby nie popadasz w paranoję? Chłopak jak każdy inny, chciał być odważny, ale się nie udało. Ile razy z Potterem włóczyliście się nocą po zamku?
    Hermiona poczuła się tak dotknięta tym, że Malfoy zbagatelizował sprawę, że ignorowała go do samego końca patrolu.
Dopiero gdy odprowadził ją do wieży Gryffindoru zdobyła się na krótkie zdawkowe pożegnanie.


    Draco Malfoy obudził się ledwo żywy. Nigdy nie kładł się spać zbyt wcześnie, ale te patrole zupełnie rozregulowały jego tryb dnia i snu. Gdy ubrał się i zszedł na śniadanie, przy stole siedzieli prawie wszyscy Ślizgoni.
      - Nie minąłeś może gdzieś Pansy po drodze? Miała mi oddać moje zadanie z transmutacji - mruknął Blaise gdy tylko przełknął ostatni kęs kiełbaski.
      - Niestety - odpowiedział Draco nakładając sobie tosty.
      - To dziwne, zazwyczaj jest tu przed nami. Czekam, aż zejdzie tu jakaś dziewczyna z jej dormitorium. Potrzebuję tego zadania w tym momencie, bo będę trupem. Ej, ty! - Wycelował palcem w dziewczynę, która obok nich przechodziła. - Nie mieszkasz z Pansy Parkinson?
      - Mieszkam - warknęła, najwidoczniej urażona tonem Blaise'a.
      - Tak myślałem. Długo jeszcze będzie zbierać tu swój chudy zad?
      - Nie wiem, wy mi powiedzcie, to pewnie z wami była całą noc.
      - Słucham? - zapytał Draco między jednym gryzem a drugim..
      - Nie wróciła na noc. Myślałyśmy, że znów siedzi u was - odpowiedziała dziewczyna i zbladła.
      - I żadnej z was, kretynki, nie przeszło przez myśl, że mogło jej się coś stać?! - Zabini uderzył ręką w stół tak mocno, że siedzące niedaleko osoby podskoczył przerażone.
      - Gdzie widziałyście ją po raz ostatni i o której? - Do rozmowy włączył się Nott, w jego głosie pobrzmiewała panika.
      - Chwilę po dziewiątej, siedziała koło kominka i odrabiała jakieś zadania.
      - Idiotki - warknął Blaise i wstał. Draco zrobił to samo. Przy stole nauczycielskim śniadanie jadł aktualnie tylko Flitwick, więc skierowali się w jego stronę.
-  Panie profesorze - odezwał się Draco, siląc się na uprzejmości choć czuł jak żołądek podchodzi mu do gardła. - Nasza przyjaciółka, Pansy Parkinson nie wróciła na noc do dormitorium. Nie mamy pojęcia gdzie jest.
    Nauczyciel spojrzał na nich i wstał wycierając dłonie w serwetkę.
      - Nie mówiła wam, że gdzieś wychodzi?
      - Ona nie wychodzi nocami, martwimy się, że coś mogło jej się stać.
      - Za mną, chłopcy.
Flitwick wyprowadził ich z Wielkiej Sali i ruszyli w stronę gabinetu McGonagall.
      - Jeżeli coś jej się stało... - mruczał Zabini pod nosem.
      - Blaise, ja chyba wiem, kto mógł to zrobić... - szepnął Draco, strach ściskał mu gardło.

_______________________________________________________

Witam serdecznie i wracam z nowym rozdziałem! Mam nadzieję, że Wam się spodoba, bo zaczęłam powoli wprowadzać wątki poboczne. :)

Rozdział II

Hermiona wybudziła się z koszmaru i krzyknęła, gdy zobaczyła nad sobą twarz. Patrzyła na nią z przerażeniem, gdy powoli resztki snu się rozmywały i rozpoznała przyjaciółkę, która pochylała się nad nią z zatroskaną miną. Musiała kilka razy odetchnąć głęboko, zanim nocne obrazy opuściły ją do końca.
   - Co się dzieje? - zapytała cicho,  zachrypniętym głosem.
   - Musisz natychmiast wstać, wszyscy mamy iść do wielkiej sali.
   - Dlaczego? Co się stało?
   - Nie wiem, ale słyszałam plotki... Podobno znaleziono... Znaleziono czyjeś ciało. - Jej oczy były ogromne ze strachu.
Hermiona poderwała się z łóżka i próbowała znaleźć w twarzy przyjaciółki jakiekolwiek oznaki, że to tylko bardzo głupi żart. Niestety, Ginny była śmiertelnie poważna i wystraszona. Dziewczyna nie zadawała już więcej pytań. Wyskoczyła z łóżka i zaczęła nerwowo szukać swoich ubrań.
To nie może dziać się znowu. Nie po tym, jak Voldemort został pokonany, a Hogwart znowu stał się bezpieczny. Nie po tym, jak przez ostatnie miesiące walczyła z bezsennością i lękami. Ale przecież to tylko plotki... Zawsze może chodzić o jakieś nieplanowane zebranie wszystkich domów... Może chodzić o cokolwiek... Może to jakieś stare ciało? Szkielet? Albo ktoś zginął w skutek ataku zwierzęcia?
Spojrzała na zegarek, było dokładnie pięć minut po szóstej w czwartek. Co do cholery mogło się stać o tej porze?
Gdy tylko weszła do wielkiej sali, zrozumiała, że nie był to ani głupi żart, ani część snu. Z sufitu, zamiast herbów domów, zwisały czarne proporce. Uczniowie, którzy zbierali się przy stołach, szeptali między sobą nerwowo. Przy stole Puchonów część młodych czarodziejów płakała, a dwie dziewczyny zanosiły się szlochem.
Hermiona usiadła obok dwóch Gryfonek z piątej klasy, które przyciszonymi głosami wymieniały się plotkami.  Spojrzała w stronę stołu Slytheriunu i na twarzach kilku uczniów dostrzegła złośliwe uśmiechy. Trafiła na spojrzenie Laurusa, który wpatrywał się w nią z zupełnie obojętną miną. Pod wpływem jego wzroku spuściła szybko głowę i wpatrzyła się w swoje dłonie.
Kiedy sala wreszcie się zapełniła, McGonagall wstała i podeszła do mównicy. Hermiona zwróciła uwagę, że każdy, nawet najmniejszy element jej ubioru jest czarny. Dopiero teraz powoli zaczynała zdawać sobie sprawę, że to wszystko jest prawdą. Już dwa razy widziała w Hogwarcie podobną atmosferę: po Turnieju Trójmagicznym, gdy zginął Cedric oraz po śmierci Dumbledore'a.
   - Część z was zapewne wie, dlaczego spotykamy się tutaj o tej porze. - Hermiona usłyszała, że głos łamał jej się nieznacznie. - Dziś rano odnaleziono na błoniach ciało Phoebe Carter, uczennicy czwartego roku. Proszę o uszanowanie jej pamięci i prywatności, nierozprzestrzenianie plotek i wyczucie względem jej rodziny, gdy przyjadą po odbiór ciała. Inną kwestią jest, że wczorajszej nocy na terenie zamku przebywał morderca. Daleka jestem od osobistych wniosków, ale proszę wszystkich o wzmożoną ostrożność. Od dziś wchodzi kategoryczny zakaz wychodzenia z dormitoriów po zapadnięciu zmroku. Chciałabym, żeby wszyscy uczcili teraz pamięć Phoebe minutą ciszy, a potem udali się do swoich pokoi. Prefekcie naczelni zostają.
Wszyscy uczniowie wstali przytłoczeni słowami dyrektorki. Wielka sala opustoszała w akompaniamencie przyciszonych głosów. Hermiona zauważyła, że Draco zmierza w stronę stołu nauczycielskiego i zrobiła to samo. Stanęli obok siebie, praktycznie sami w przystrojonej na czarno jadalni. Dziewczyna spojrzała po zgromadzonych nauczycielach. Pani Sprout, opiekunka Hufflepuffu, ocierała dłonią łzy. Profesor Slughorn patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Brakowało Hagrida.
   - Wam jedynym mogę powiedzieć co dokładnie się stało - zaczęła McGonagall. - Jeżeli wyjdzie to poza tę salę, to będę wiedziała, że to wy, rozumiecie?
Skinęli głowami.
   - Profesor Hagrid znalazł ją dzisiaj nad ranem na skraju zakazanego lasu. Miała poderżnięte gardło, jakichkolwiek śladów sprawcy brak. Nie wiemy co się stało oraz co robiła tam w nocy. Za godzinę zaczniemy rozmowy z jej przyjaciółkami, chcemy dać im chwilę na żałobę.
Hermiona poczuła, jak pocą jej się dłonie. Poderżnięte gardło... Sprawca musiał być chory, żeby to zrobić.
   - Ten potwór może nadal przebywać na terenie zamku, niewykluczone, że jest jednym z uczniów.
W głowie dziewczyny mimowolnie utworzyło się kilka typów. Pomyślała o ciemnych, czujnych oczach Laurusa. On i jego siostra byli jedynymi nowymi uczniami, nie podejrzewała przecież jedenastolatków. A przecież dopiero teraz to wszystko się zaczęło.
   - Muszę prosić was, abyście razem z nauczycielami patrolowali nocami korytarze. Najlepiej wspólnie, dla waszego bezpieczeństwa. Dostaniecie same pierwsze zmiany, aby nie odbiło się to na waszej nauce i stopniach. Póki nie dowiemy się kto to zrobił, chcę zapewnić uczniom jak największe bezpieczeństwo.
Znów przytaknęli. Hermiona i tak nie miała pojęcia, co mogłaby powiedzieć w tej sytuacji. Że to straszne czy oburzające? Wszystkie słowa wydawały się głupie i niepotrzebne. Ktoś zginął. Jeszcze jeden niemy duch w historii Hogwartu.

Ginny zaatakowała ją, gdy tylko Hermiona przekroczyła próg dormitorium.  Zeskoczyła szybko z łóżka i podbiegła do przyjaciółki w nadziei, że wyciągnie od niej jakiekolwiek informacje.
   - Dowiedziałam się tylko, że od dzisiaj mam z Malfoy'em patrolować korytarze, nic więcej.
                 Nie chciała złamać obietnicy milczenia, ani zbytnio straszyć przyjaciółkę. To z pewnością kwestia dni, aż złapią tego świra. Zapewne ukrywa się gdzieś na terenie Hogwartu, o ile to nie jeden z uczniów. O ile to nie Laurus...
    -Miałaś już jakieś wieści od Harry'ego? - zapytała, aby choć trochę zmienić temat. Ginny zmarkotniała jeszcze bardziej.
    - Nie odwiózł mnie na dworzec, bo wymówił się pracą, żadnego listu jeszcze nie dostałam. Napisałam już chyba z pięć, ale nie chcę wyjść na wariatkę.
   - To normalne, że tęsknisz, powinnaś napisać jeden porządny list i go wysłać, tak po prostu.
Przyjaciółka uśmiechnęła się do niej, ale nie wyglądała na przekonaną.
               
Lekcje minęły w atmosferze nienaturalnej ciszy. Uczniowie, jeżeli już się odzywali, szeptali między sobą, bądź prowadzili ożywione dyskusje przyciszonymi głosami. Nauczyciele zazwyczaj to ignorowali, ale unikali rozmów na temat wydarzeń minionej nocy. W zamku i tak panowała nerwowa atmosfera, która udzieliła się wszystkim. Lekcje zielarstwa dla klas siódmych praktycznie się nie odbyły. Pani Sprout co kilka słów musiała ocierać wilgotne oczy chusteczką.
    - Była taką dobrą osobą, taką uczynną i pomocną - powtarzała kręcąc głową.
Na przerwach uczennice przemieszczały się w ciasnych grupkach, rozglądając się co jakiś czas w poszukiwaniu nieokreślonego zagrożenia.
                    Hermiona patrzyła na to ze smutkiem, Hogwart nie powinien już nigdy tak wyglądać, miał znów stać się bezpiecznym domem. Tęskniła za czasami, gdy zamkowi nic nie groziło, a przynajmniej ona o niczym niepokojącym nie wiedziała.
                    Bez Harry'ego i Rona sama utraciła po części poczucie bezpieczeństwa. Zawsze byli jej wsparciem podczas ich siedmioletniej przyjaźni. Patrzyła na błonia, gdzie w gorące dni, takie jak ten, przesiadywali często w cieniu drzew. Czasem zabierali tosty ze śniadania, aby móc zjeść posiłek wystawiając twarze do słońca. Teraz, pod ich ulubionym drzewem, siedziały  trzy młode Krukonki, odpoczywając po całym dniu lekcji.
Myślała o nich, gdy w czasie lekcji rozglądała się po sali i napotykała prawie same obce twarze ludzi, których znała jedynie z nazwiska. Gdy dostali pierwszą pracę domową nikt nie narzekał w tak irytujący sposób i nie chodził za nią, aby pokazała swoje dopracowane notatki. Nigdy nie sądziła, że zatęskni nawet za tym. Teraz pewnie Harry wyrywałby się, aby szukać napastnika i znów zostać  bohaterem, a Ron bagatelizowałby całą sprawę. Uśmiechnęła się na tę myśl.
                     
Szła przez ciemny, opustoszały korytarz. Wsłuchiwała się w echo swoich kroków roznoszące się po zamku. Jakiś irracjonalny strach sprawił, że dla pewności zaciskała dłoń na różdżce i przezornie zachowywała się jak najciszej, aby ewentualnie usłyszeć napastnika. Ulżyło jej dopiero, gdy wyszła za róg i zobaczyła opartego o ścianę, wyraźnie znudzonego Malfoy'a. Chłopak obrzucił ją krótkim spojrzeniem i powrócił do wpatrywania się w ścianę przed sobą. Podeszła pewnym krokiem pod pokój nauczycielski, starając się nie okazać niepokoju, który czuła jeszcze przed chwilą, i zapukała. W drzwiach stanął profesor Flitwick, który uśmiechnął się do niej smutno.
   - Dobry wieczór, przyszliśmy , aby zacząć dzisiejszy dyżur. - Ta wypowiedź zabrzmiała tak sztucznie, że stojący za nią Malfoy aż parsknął.
   - Idealnie. Wasz przydział to piąte piętro. Prosiłbym was o pozostanie przynajmniej do północy, panno Granger.
Trzy godziny z Malfotem, tyle powinna wytrzymać.
   - Nie ma co tracić czasu - westchnął Ślizgon i, nie czekając na dziewczynę, ruszył w stronę schodów.
Poczuła irytację już od pierwszych spędzonych z nim minut, gdy musiała podbiegać aby dotrzymać mu kroku. Malfoy nie zamierzał zwalniać, ewidentnie czerpiąc przyjemność z tej małej złośliwości. Uspokoił się dopiero, gdy znaleźli się na piątym piętrze, a nad nim zawisła wizja przechadzania się bez żadnego celu przez najbliższe kilka godzin.
Krążyli po korytarzu utrzymując między sobą możliwie jak największy dystans. Po godzinie Hermiona zobaczyła, że Draco zaczyna się nudzić. Przystawał przy każdym obrazie, aby obejrzeć go jak najdokładniej. Gdy zobaczył już wszystko, co go ciekawiło, zaczął bawić się swoją różdżka i co chwila wystrzelały z niej iskry w różnych kolorach. W końcu odchrząknął.
   - Jak myślisz, Granger, kto normalny mając różdżkę podrzyna dziewczynie gardło? - zapytał w końcu.
Hermionę tak zaskoczył jego cichy głos, że minęła chwila, zanim dotarło do niej o co właściwie zapytał.
   - Myślisz, że powinieneś zapytać swoich przyjaciół, których nie zdążyli wyłapać, może to któryś z nich.
Prychnął.
   - Ta złośliwość jest poniżej mojego poziomu, więc na nią nie odpowiem, ale ponawiam swoje pytanie. Kto mając różdżkę wybiera nóż?
   - Ktoś bardzo sprytny albo jakiś świr, którego podnieca krew.
   - Ja osobiście mam inne upodobania, ale ludzie są różni. Rozwiń swoje teorie, Granger.
   - Wyobraź sobie, że w tę dziewczynę trafiło zaklęcie niewybaczalne. Co robią jako pierwsze? Sprawdzają wszystkie różdżki pod kątem ostatnio rzucanych zaklęć i znajdują winowajce.
Zastanowił się nad tym przez chwilę.
   - Ciekawe, ale są luki, których nie dasz rady zapełnić. Po pierwsze kradzież różdżki to nie problem, można wrobić kogoś konkretnego lub skorzystać z okazji w zależności co się nawinie. Po drugie nie jest powiedziane, że ta osoba ma tylko jedną różdżkę. Nie ma formalnego zakazu posiadania dwóch.
   - Masz rację, ale o wiele bardziej wolałabym, żeby ta teoria się potwierdziła. Nie chciałabym mieć do czynienia ze świrem, który używa noża dla przyjemności.

Po dwóch godzinach Hermiona znała każdy zakamarek piątego piętra na pamięć. Mogła wymieniać obrazy w kolejności i dokładnie wiedziała, że trzecia zbroja jako jedyna ma uniesioną przyłbicę.
   - To nudniejsze niż wszystkie szlabany razem wzięte - westchnął Draco, gdy do końca pozostało im ostatnie trzydzieści minut.
Zachowywał się jak dziecko, które pozostawione bez atencji zaczyna wariować. Najwidoczniej nie umie zostać sam na sam ze swoimi myślami na kilka godzin.
   - Chyba zasłużyłem na gorącą kąpiel w łazience prefektów. - Przeciągnął się i ziewnął. - Idziesz ze mną?
W odpowiedzi posłała mu zirytowane spojrzenie. Nie była w stanie wyobrazić sobie, że właśnie tak będzie teraz spędzała wieczory, towarzystwo chłopaka z przerośniętym ego, zamiast przyjaciół.
   - Nie ma problemu, tak tylko zapytałem. Przydałoby ci się trochę relaksu, może wreszcie przestanie cię wszystko irytować.
   - Pozwól, że zrelaksuję się sama - warknęła. - Jest pięć minut po północy, możemy wreszcie iść.
Nie czekała na jego odpowiedź, tylko odwróciła się na pięcie i ruszyła w swoją stronę. Żegnanie się z Malfoy'em było ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę, więc nawet nie obejrzała się za siebie wchodząc na schody prowadzące do wieży Gryffindoru.  O dziwo, usłyszała jego kroki zmierzające tuż za nią, zamiast w kierunku lochów.
   - A ty gdzie? - Zatrzymała się tak gwałtownie, że Draco potknął się o stopień i zaklął łapiąc się poręczy.
   - A jak myślisz? Odprowadzam cię - prychnął.
   - Umiem sama wrócić do dormitorium.
   - Posłuchaj, Granger, nie byłoby mi na rękę, gdyby coś ci się stało, a ja byłbym ostatnią osobą, która widziała cię żywą.
Przewróciła oczami i ruszyła w górę schodów ignorując obecność irytującego Ślizgona. Póki był cicho, mógł za nią iść.
Łaskawie poczekał w pewnej odległości, aby Gryfonka mogła w spokoju  wypowiedzieć hasło i odprowadził ją wzrokiem, gdy bez pożegnania znikała w dziurze za portretem Grubej Damy.

Wszystkie dziewczyny już spały, gdy Hermiona wreszcie przebierała się w piżamę. Była tak zmęczona wszystkimi wydarzeniami tego dnia i emocjami, które przyniósł. Na dobrą sprawę marzyła tylko o tym, żeby przez cały kolejny dzień nie musieć wychodzić z łóżka. Zaczęła właśnie rozczesywać splątane po całym dniu włosy, gdy w okno dormitorium zapukała sowa. Zaskoczona dziewczyna otworzyła okno i przyjrzała się zwierzęciu. Nie była to ani nowa sowa Harry'ego, ani Świnka, sowa Rona. Ptak był niepozorny, o typowym umaszczeniu.
Zaintrygowana dziewczyna odwiązała małą kopertę, a w niej znalazła krótki liścik. Najpierw w oczy rzuciły jej się szkarłatne litery. Czerwony atrament? Krew? Poczuła jak jej serce przyspiesza.

Zagrajmy w skojarzenia. Pierwsze hasło: morderstwo. 28/07/1998

       Wpatrywała się w treść przerażona, nie do końca ją rozumiejąc, ale domyślając się nadawcy.  Groźba, ostrzeżenie, a może zagadka? Skupiła się na dacie, próbując przypomnieć sobie gdzie mogła być tego dnia. Dwudziesty ósmy lipca... W jej mózgu nagle pojawił się wyraźny obraz tego dnia. Przeszedł ją lodowaty dreszcz przerażenia, a potem poczuła jak robi jej się słabo, a dormitorium traci ostrość...

_____________________________________

Witam w ten gorący dzień! Mam nadzieję, że rozdział Wam się podobał! Niestety nie będę miała kiedy przepisać teraz kolejnego rozdziału, więc będzie za jakieś 3 tygodnie :/
Czekam na komentarze i pozdrawiam,
Mary!

Rozdział I

Na peronie 9 i 3/4 panował typowy dla tego miejsca gwar. Hermiona jeszcze raz czule żegnała się ze swoim narzeczonym. Tylko ona z ich trójki zdecydowała się na powrót do Hogwartu, ale na myśl o wyjeździe zaczynała tego powoli żałować. Przez okres wakacji żyła jak w bajce. Wreszcie czuła się bezpieczna i kochana, nie musiała martwić się o kolejny dzień. Ze łzami wzruszenia w oczach patrzyła na swój zaręczynowy pierścionek, był idealny, drobny i skromny. Ron odkładał na niego pieniądze przez dwa miesiące, ale ona najchętniej by mu je zwróciła. Wystarczyła jej tylko świadomość, że jest obok niej i ją kocha.
   - Zobaczymy się w święta! - zawołał, gdy dziewczyna biegła na ostatnią chwilę do pociągu.
Przy pomocy jakiegoś uczynnego Krukona udało jej się wciągnąć kufer do środka i ulokować go w przedziale. Luna i Ginny zajęły już miejsca i prowadziły ożywioną dyskusję na temat minionych wakacji, które blondynka spędziła z ojcem w Rosji.
Hermiona przywitała się z nimi szybko, wymieniła kilka zdań i ruszyła na przód pociągu, aby, jako prefekt naczelny, zapoznać się z resztą i rozdzielić zadania. Wbiegła szybko do przedziału i zgodnie z jej oczekiwaniami wszyscy już na nią czekali.
   - To jakiś żart? - prychnęła od progu, gdy tylko zobaczyła wysokiego blondyna z lśniącą odznaką przypiętą do szaty.
   - Ciebie też miło widzieć, Granger – mruknął Malfoy. - Skoro już zdecydowałaś się do nas dołączyć, to może usiądziesz?
W odpowiedzi posłała mu lodowate spojrzenie. Nie sądziła, że jego ojciec ma nadal taką pozycję, aby wepchnąć swojego synalka na stanowisko prefekta naczelnego. Na pewno nie po tym wszystkim...
Nawet nie próbowała przerywać wywodu Malfoy'a, gwoli ścisłości nawet nie do końca go słuchała. Jaka niesprawiedliwość pozwoliła mu znów się puszyć w centrum uwagi, zamiast zepchnąć go w cień, co akurat dla niego zdawało się najdotkliwszą karą? Do tej pory nie zdawała sonie sprawy, jak bardzo już nigdy nie chciała oglądać twarzy jego i innych Ślizgonów. Widziała w nich odbicie ognia, ruin i strachu, który w sobie nosiła przez ostatni rok. Czasy się zmieniają, ale ludzie nigdy.
   - Chciałabyś coś jeszcze dodać? Nie wierzę, że usiedziałaś tyle w ciszy.
Ktróraś z obecnych dziewczyn zachichotała. Hermiona rozejrzała się po twarzach innych prefektów i odchrząknęła.
   - Chciałabym, żeby dla nas wszystkich był to owocny rok. Pamiętajcie, że jesteście takimi samymi uczniami jak inni, nie może się wywyższać i wykorzystywać swojej pozycji – spojrzała na Dracona. - To już wszystko.
Prefekci rozeszli się w ciszy, aby zacząć patrole pociągowych korytarzy. Hermiona poczekała, aż ona i Ślizgon zostaną zupełnie sami, bo najwidoczniej Mafoy'owi też nieszczególnie spieszyło się do wyjścia. Wymieniali między sobą wyczekujące spojrzenia, odliczając sekundy do konfrontacji.
   - Wszystko da się kupić, prawda?
   - To zależy, są rzeczy na które nie stać nawet mnie.
   - Jak poczucie winy albo honor? - warknęła.
   - Nie mogę nic sobie zarzucić, zmieniłem stronę podczas bitwy.
   - Szczury zawsze pierwsze uciekają z tonącego statku – prychnęła.
   - Nie rozumiem, czego oczekiwałaś zostając tutaj, aż wszyscy wyjdą. Przeprosin? - rzucił jej kpiący uśmiech.
   - Najbardziej to oczekiwałam, że zaszyjesz się w dziurze z której wylazłeś, żebym już więcej nie musiała cię oglądać.
   - Już wiem, zostałaś tutaj, żeby usłyszeć, że ojciec przekupił kogoś, żebym dostał tę odznakę. Poczułabyś się lepiej?
   - To i tak do niczego nie prowadzi.
Wstała i zdecydowanym krokiem wyszła z przedziału. Malfoy zadał jedno celne pytanie. Czego oczekiwała? Może myślała, że zbierze się na odwagę i wyrzuci z siebie całą frustrację, którą poczuła na jego widok? Potrzebowała usłyszeć cokolwiek, na przykład jak to się stało, że po tym jak służył Voldemortowi uniknął kary.
Między Ginny a Luną nadal trwała dyskusja, ale tym razem mówiły przyciszonymi głosami i co chwilę zerkały w stronę drzwi.
   - Słyszałaś? Mafoy sprowadził tu swoją małą armię – prychnęła Weasley, gdy tylko Hermiona weszła do środka.
Panna Granger posłała jej zaskoczone spojrzenie.
   - Pansy Parkinson, Blaise Zabini i ten dziwak, Teodor Nott, oni wszyscy tu są. Podobno wysłali jakieś listy do Ministerstwa Magii i McGonagall z prośbą o powtórzenie siódmej klasy ze względu na to, że program nauczania z tamtego roku był niezgodny z wytycznymi. To jakiś ponury żart.
Hermiona prawie nie poczuła się zaskoczona.


Zanim wprowadzono pierwszoroczniaków na ceremonię przydziału, nowa dyrektorka Hogwartu, profesor McGonagall, wstała ze swojego miejsca, aby przemówić. W blasku świec i lamp wydawała się o wiele starsza niż zaledwie kilka miesięcy temu.
   - Na właściwą przemówię przyjdzie jeszcze czas – zaczęła szorstkim tonem. - Teraz mam dla was jednak krótką informację. Z pewnych względów Hogwart zyska w tym roku dwóch nowych uczniów w klasach wyższych niż pierwsza. Dołączy do nas rodzeństwo Moriera da Hayes z brazylijskiej szkoły Castelobruxo. Oboje płynnie posługują się językiem angielskim. Mam nadzieję, że przyjmiecie ich dobrze i pokażecie gościnność, jaką szczyci się Hogwart.
Gdy skończyła mówić, drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się i profesor Slughorn wprowadził młodych czarodziejów. Zgromadzeni uczniowie zaczęli szeptać, gdy tylko ich oczom ukazało się idące na samym końcu rodzeństwo. Chłopak był wysoki i szczupły. Miał delikatne, łagodne rysy twarzy. Gdy przechodził obok Hermiony, spojrzał na nią i uśmiechnął się tak lekko, że ledwo to zauważyła, jednak od razu rzucił jej się w oczy kolor jego tęczówek, które były tak ciemne, że niemal zlewały się ze źrenicami.
Siostra była do niego bardzo podobna. Być może byli bliźniętami? Hermiona nie do końca umiała określić ich wiek, ale z pewnością mieli więcej niż piętnaście lat. W ich ruchach była pewna niezwykła, kocia miękkość, aż trudno było oderwać od nich wzrok.
   - Nie wyglądają zbyt Latynosko – mruknęła Ginny półgębkiem.
   - Nazwisko po ojcu jest anglojęzyczne – odpowiedziała mechanicznie Hermiona, która wciąż ukratkiem zerkała na chłopaka.
   - Słucham?
   - W Brazylii drugie nazwisko jest nazwiskiem ojca. Hayes na pewno nie należy do tamtego języka. To albo Anglik abo Amerykanin, jestem pewna.
Rodzeństwo przydzielane było poza kolejnością i musiało poczekać aż do samego końca ceremonii. Kiedy wreszcie nadszedł ich czas, wszyscy uczniowie byli ciszej niż zwykle.
   - Pandora Moriera da Hayes, przydzielana do klasy piątej – zawołał Slughorn.
Dziewczyna, świadoma, że obserwuje ją cała szkoła, wpatrzyła się w podłogę i niepewnie ruszyła w stronę stołka. Tiara przedziału znalazła się na jej głowie i nastąpiła kilkusekundowa cisza.
   - Slytherin! - wykrzyknęła w końcu.
Przy stole Ślizgionów rozległy się wiwaty, szczególnie donośnie było słychać męską część domu. Hermiona zauważyła, że Draco Malfoy i Blaise Zabini rozsunęli się, aby dziewczyna mogła usiąść między nimi.
   - Laurus Moriera da Hayes, przydzielany do klasy siódmej!
Tutaj tiara nie zastanawiała się nawet przez moment.
   - Sytherin!
   - Cóż za cudowne rodzeństwo – prychnęła Ginny zaraz obok ucha Hermiony.
McGonagall wstała ponownie, aby zacząć właściwe przemówienie rozpoczynające nowy rok szkolny.
   - Bardzo serdecznie chciałabym powitać zarówno nowych uczniów, jak i tych dobrze mi znanych. Mam nadzieję, że będzie to rok ciężkiej pracy i odbudowy więzi pomiędzy domami. Rozumiem, że z pewnością jesteście bardzo głodni, więc chciałabym przypomnieć tylko na wstępie, że nic nie uległo zmianie i wejście do zakazanego lasu nadal jest niedozwolone!
Półmiski wreszcie zapełniły się jedzeniem, a w Wielkiej Sali zapanował gwar. Hermiona, po części zajęta indykiem, a po części słuchająca rozgadanej Ginny, intuicyjnie spojrzała na stój Slytherinum wyczuwając na sobie czyjś wzrok. Laurus patrzył prosto na nią, spojrzeniem chłodnych, czujnych oczu. Mimowolnie zadrżała.


Draco Malfoy pierwszego dnia szkoły obudził się trafiony poduszką. Otworzył opuchnięte oczy i ze złością odrzucił puchową broń w stronę atakującego.
   - Ile ty masz lat, Zabini? - warknął i zaczął powoli rozważać wstanie z łóżka.
   - Niektóre rzeczy nigdy nie wychodzą z mody szczególnie, jeżeli ofiara ma jakieś dziesięć minut, aby doprowadzić się do jakiegokolwiek stanu.
Młody Malfoy, słysząc to, poderwał się szybko z łóżka. Teodor szukał w kufrze ostatnich potrzebnych mu rzeczy, a Blaise zakładał właśnie skarpety.
   - I żaden z was nie wpadł na pomysł, żeby obudzić mnie trochę wcześniej? - syknął blondyn.
   - Jak obstawiasz, Draco, czysta czy półkrwi?
   - Nie wiem i aktualnie nie interesuje mnie, jakiej krwi jest Pandora, próbuję znaleźć swoje spodnie.
   - Jest półkrwi – mruknął Nott.
   - A ty skąd to niby wiesz? - zapytał Blaise krzywiąc się.
   - Po prostu zapytałem – Teodor wzruszył ramionami.
Draco nie miał ochoty ich dłużej słuchać, były teraz ważniejsze sprawy, niż jakaś dziewczyna, nawet, jeżeli była ładna. Musiał skompletować swoją garderobę w czasie krótszym, niż Zabini uznał, że poderwie Pandorę jako pierwszy.
Kiedy zszedł na śniadanie Wielka Sala była już praktycznie pusta. Blaise i Teodor nakładali sobie właśnie kiełbaski na talerze, a Pandora i Laurus kończyli swój posiłek przy drugim końcu stołu, z dala od wszystkich innych Ślizgonów. Pansy Parkinson, która zjadła już śniadanie, szczebiotała do Zabiniego o nowym planie zajęć. Malfoy nieszczególnie miał ochotę na rozmowę, więc gdy się do nich dosiadł, od razu złapał za półmisek.
   - Draco – szepnęła Pansy. - Nie uważasz, że ci nowi są jacyś dziwni?
   - Daj spokój – mruknął Zabini przewracając oczami. - Nikogo tu prawie nie znają, jak mają się zachowywać?
   - Nie o to chodzi. Ten chłopak... Laurus, jest z nim coś nie tak, gapi się na mnie cały czas.
   - To faktycznie jest z nim coś nie tak – skwitował Blaise.
Pansy już nic nie odpowiedziała, tylko wpatrzyła się w swój pusty talerz. Najwidoczniej nie miała ochoty kontynuować tej rozmowy, skoro w nikim nie znalazła poparcia. Draconowi było to jak najbardziej na rękę, przynajmniej już nikt nie próbował wciągnąć go do konwersacji.


Nancy Wilson umrze z zazdrości, kiedy się o tym dowie. W końcu to jej, Phoebe Carter, udało się wymknąć nocą z zamku, aby spotkać się na potajemnej randce z Larry'm Wardem! Z chęcią podkoloryzuje tę opowieść, aby wszystko wydawało się jeszcze bardziej niebezpieczne i romantyczne. Nie omieszka opowiedzieć o tym, jak musiała ukrywać się przed Filtch'em za jedną ze stojących na korytarzu zbroi oraz o pocałunku w świetle księżyca ze starszym Krukonem. Tak, po czymś takim Nancy już nigdy nie nazwie ją pryszczatym wybrykiem natury. Wszystkie te idiotki jeszcze ją popamiętają...
A potem usłyszała szmer. Blisko, bardzo blisko niej. Poczuła jak serce zaciska się jej w piersi. Zwierzę? Nauczyciel? Przestraszona spojrzała na linię drzew Zakazanego Lasu, ciągnącą się jedynie trochę ponad metr od niej. Wytężyła wzrok, aby dostrzec cokolwiek, a potem przyspieszyła kroku. Teraz była już pewna, to coś szło za nią. Jej kroki zaczęły mieszać się z szelestem drzew i dźwiękiem łamanych gałęzi. Drżącą ręką wyciągnęła różdżkę i złapała ją mocno. Byle jak najdalej od drzew, byle jak najdalej od śledzącej ją istoty. Nagle nastała zupełna cisza i słyszała już tylko siebie. Odwróciła się gwałtownie, ale nikogo za nią nie było. Panował zupełny, niczym niezmącony spokój. Nie było nawet najmniejszego wiatru, który poruszałby liśćmi. Słyszała tylko swoją krew, którą serce pompowało w zatrważającym tempie. Rozglądała się nerwowo wokoło. Czy to była tylko jej wyobraźnia? Jedyne czego teraz pragnęła, to znaleźć się w swoim dormitorium. To musiało być tylko jakieś zwierzę, które biegło niedaleko niej, nie ma się czego bać... A potem za jej plecami usłyszała wyraźny odgłos kroków. Chciała krzyknąć przestraszona, ale nie mogła wydusić z siebie głosu...


Umiem ukryć się w cieniu. Umiem być tak cicho, aby moja ofiara mnie nie usłyszała. Umiem polować. Podchodzę do niej prawie bezdźwięcznie. Chowam się i obserwuję. Czekam. Mogę wyczuć jej strach, działa na mnie podniecająco, ale muszę jeszcze dać jej chwilę, aby choć na sekundę straciła czujność. W moich żyłach pulsuje adrenalina. Poprawiam uchwyt zimnego noża, czując ekscytację. Obserwuję ją dokładniej. W bladym świetle księżyca widzę jej prawie białą, delikatną skórę. Dziewczyna zatrzymuje się na chwilę, a ja atakuję.
   - Silencio – mruczę i lewą ręką celuję w nią różdżką.
Podbiegam do niej od tyłu i chwytam ją za włosy. Próbuje krzyczeć i walczyć, ale bezskutecznie. Napawam się chwilę jej zapachem a potem unoszę nóż. Ostrze odbija delikatnie blask księżyca, gdy przykładam je do jej gardła. Jaka szkoda, że nie mogę zobaczyć teraz jej przerażenia. Rozszerzonych źrenic, piersi szybko unoszących się, gdy łapczywie chwyta powietrze. Mogę zobaczyć tylko pulsującą tętnicę w jej napiętej, wyeksponowanej szyi i mięśnie gotowe do ataku lub walki. Ale to zbyt mało... Taka wielka szkoda... Nie zobaczę, jak jej oczy powoli gasną. Jak wykrwawia się i wie, co ją czeka, widzi krew, ale nic nie może zrobić. Wykonuję szybki ruch i czuję, jak na ręce tryska mi gorąca ciecz. Popycham ją, a ona leci bezwładnie na trawę, resztami sił próbując złapać powietrze. Dusi się gulgoczącą krwią i przyciska dłonie do rany. Próbuje się czołgać w stronę zamku, ale przesuwa się może o kilka centymetrów. Nic jej nie pomoże, nie dzisiaj.

___________________________________________
Nie umiem zaczynać, nigdy nie czuję się dobrze w pierwszych rozdziałach. Mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej!
Pozdrawiam,
Mary!

Prolog



Cała trójka stała na moście i w milczeniu patrzyła na zniszczone mury Hogwartu. Promienie majowego słońca odbijały się w wodzie i musieli mrużyć zapuchnięte oczy, żeby widzieć dokładnie co pozostało z ich domu. Hermiona otarła wierzchem dłoni ostatnie łzy rozmazując po policzku brud. Ron objął ją delikatnie, jakby miała się rozpaść i pocałował w czoło.
   - Już po wszystkim – powiedział cicho, jakby bojąc się zakłócić żałobną, pobitewną ciszę.
Harry milczał i nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w błonia. Bezwiednie ściskał w ręku swoją naprawioną różdżkę, aż zbielały mu knykcie.
   - Powinniśmy już wracać i pomóc im z... z ciałami – wydukała dziewczyna łamiącym się głosem.
Usilnie powstrzymywała łzy i napływające do niej wspomnienia. Nie była w stanie przyjąć na siebie już nic więcej. Fred... Lupin... Tonks... Jak można żyć ze świadomością, że widziało się ich stygnące ciała? Hermiona Granger wiedziała wiele, ale to wciąż pozostawało dla niej tajemnicą.
To tylko mury – pomyślała ze smutkiem. Można odbudować ściany, wyremontować sale, usunąć gruz i posadzić nowe drzewa, ale czy da się wymazać wyrządzone zło i wszechobecną śmierć?
Tego też nie wiedziała, ale gdzieś w jej podświadomości tliła się nadzieja.


Draco Malfoy usilnie starał się ignorować fakt, że matka co chwilę przeczesywała jego poszarzałe od pyłu włosy. Powieki same mu się zamykały i mimo największych starań czuł, że jego świadomość powoli odpływa. Ta noc była dla niego bardzo ciężka... Jak wielkie szczęście musiał mieć, aby tyle razy uniknąć śmierci?
   - Lucjuszu, powinniśmy uciekać? - usłyszał szept Narcyzy i oprzytomniał.
   - Nie – odezwał się ostrym tonem, zanim ojciec zdążył choćby pomyśleć. - Dość już uciekania. Chcę stawić temu czoła, zasłużyłem na to.
Nigdy nie był gotowy, aby widzieć śmierć tylu osób, których znał. To nigdy nie był jego wybór, nigdy nie mógł żyć własnym życiem. Aż do teraz...


Patrzę na swoje umazane krwią
ręce. Przybliżam je do twarzy, aby poczuć metaliczny zapach. Delektuję się przez chwilę gorącem, które mi daje. Poluję