Miniaturka


Dzisiaj mała miniaturka z okazji Dnia Dziecka. Przecież każdy w pewnym sensie pozostaje dzieckiem, prawda?
Jest to moja stara miniaturka, która widnieje na którymś moim starym i bardzo słabym blogu, a z jakiegoś powodu bardzo chciałam, żeby znalazła się tutaj. Po prostu to chyba moja ulubiona rzecz, jakąkolwiek napisałam. Aczkolwiek poprawiłam ją, dopisałam kilka zdań, zrobiłam z niej coś bardziej zdanego do czytania.
_____________________________________________________



       Siedziała na parapecie i uparcie wpatrywała się w okno. Czekała. W jej oczach zbierały się łzy i znajdowały ujście, spływając po policzkach. Szybko otarła ja wierzchem dłoni, nie miała powodu, by płakać. Przecież obiecał, kazał na siebie czekać. Wpatrywała się tępo w drogę przed domem i wspominała dzień, kiedy spotkali się po raz pierwszy. Co prawda znali się już wcześniej, ale Hermiona chciała wymazać tamte lata z pamięci, teraz liczyły się tylko te czasy, ich czasy. Właśnie dlatego dniem, kiedy go poznała, nazywała właśnie ten. Dokładnie trzysta pięć dni temu, w niedziele, w okolicach godziny dwudziestej. Z chęcią wróciła myślami do tego momentu, który ogrzewał ją i dawał ukojenie, w takich chwilach jak ta.

      Wojna niedawno się skończyła. Trwała rok i zebrała krwawe żniwo, o wiele więcej ludzkich żyć, niż wart jest jakikolwiek konflikt. Teraz wszyscy odetchnęli, świat czarodziejów stał się wreszcie bezpiecznym miejscem. Ludzie wychodzili na ulice i świętowali. Czarodziejska część Londynu odżyła i tętniła życiem. Tylko Hermionie Granger było to obojętne. Straciła wszystko, co miało dla niej największą wartość. Rodzinę, przyjaciół, nadzieję. Niestety nie udało jej się odnaleźć jeszcze rodziców i powoli ich twarze rozmywały się w jej wspomnieniach. Powoli zaczynała myśleć, że zawsze była sama, a ich śmiech, który czasem budził ją ze snu, był zmyślony, nierealny. Zupełnie, jakby nie istnieli. Śmierciożercy wymordowali całą rodzinę Weasleyów, więc za jednym zamachem straciła najlepszą przyjaciółkę i chłopaka. Nie potrafiła opisać bólu, który nią targał, gdy dotarła do niej ta wiadomość. Wiedziała jednak, że przyszedł już ostatni etap żałoby, akceptacja. Godziła się z tym z każdym mijającym dniem.
      Od pewnego czasu wszystkie jej dni były takie same i dłużyły się niemiłosiernie. Wszystko jej zobojętniało, czasem myślała, że równie dobrze mogłaby być martwa. Czy cokolwiek zmienia, że umysł i ciało są żywe, gdy w sercu ma ogromny cmentarz?
      Mieszkała teraz w kwaterze głównej Zakonu Feniksa, ale rzadko wychodziła z pokoju. Wszyscy wokół mówili jej, że to depresja, ale ona uważała to za część siebie. Zasłony w oknach jej pokoju były permanentnie zaciągnięte, a jedzenie, które uparcie przynosili jej codziennie, zostawało prawie nietknięte. Hermiona schudła znacznie i była coraz słabsza, mimo tego nadal nie miała siły, aby zmienić cokolwiek. To nie była choroba, tylko żałoba, z której nie umiała się otrząsnąć. Nie miała motywacji, nie potrafiła, jeszcze nie. Ale ten dzień był inny. Przyszedł Harry, kiedyś bywał u niej codziennie, ale dziewczyna nigdy nie chciała z nim rozmawiać, nie potrafiła na niego patrzeć. Nie chciała stracić też jego, więc próbowała ograniczyć kontakt. Jego odejście zaboli mniej, nie mogła pozwolić, aby było inaczej.
      Teraz wszedł do jej pokoju, ale był jakiś inny. Wmaszerował bez słowa i gwałtownie rozsunął zasłony. Hermiona zamknęła oczy, światło, którego nie widziała od co najmniej tygodnia, poraziło ją z całą swoją mocą.
    - Wyjdź stąd – mruknęła.
    - Nie, to ty stąd wyjdziesz. Teraz – dawno nie słyszała, aby jego głos był tak zdecydowany.
      Chłopak nie miał ochoty na kłótnie, podszedł do łóżka Hermiony, wziął ją na ręce, przerzucił sobie przez ramię i, nie zważając na jej protesty, zniósł do kuchni. Nie miała siły się szamotać, nie miała siły się sprzeciwić. Chciała tylko wrócić do swojego pokoju. I wtedy go zobaczyła, jakby po raz pierwszy. Siedział przy stole i przeglądał jakieś notatki. Z tego, co słyszała, to ostatnio bywał tu często. Przeszedł na ich stronę niedługo przed zakończeniem wojny, niedługo po tym, kiedy zginęli jego rodzice. Był dobrym szpiegiem, najlepszym. Teraz działał nadal. Wielu śmierciożerców nadal było na wolności i podobno szykowali powrót, mimo śmierci Voldemorta. On nadal był w ich szeregach, zbierał informacje i razem z Harry'm próbowali urządzić obławę. Spojrzał na nią i zmarszczył brwi. Spuściła wzrok, zawstydzona tym nagłym kontaktem.
    - Granger? Wyglądasz gorzej, niż cię zapamiętałem, o ile to możliwe.
      Harry spojrzał na niego groźnie, ale Hermiona na to nie zareagowała. Chłopak był jej obojętny, nie chciała wracać do czasów szkolnych, odkupił już swoje winy. Patrzyła na niego chłodno, lekko urażona jego uwagą.
    - Nic się nie stało, Harry, on ma rację – odpowiedziała, nie chcąc wdawać się w sprzeczki.
    - Nieważne, wybacz – mruknął niewyraźnie Malfoy.
      Z pewnością wiedział o wszystkim, co ją spotkało. Każdy wiedział i obchodził się z nią jak z jajkiem. Spuścił wzrok, on sam był teraz sierotą, wiedział, co czuje Hermiona. Chociaż nie chciał tego okazać, zabolała go strata rodziców, widziała to w jego oczach. W tym krótkim spojrzeniu podczas przeprosin.
    - Zostawię was na chwilę – powiedział Harry niecierpliwie. – Pilnuj jej. Niech coś zje – rzucił do Dracona.
    - Słyszałem, że nie wychodzisz z pokoju – powiedział Malfoy, kiedy w końcu zostali sami.
      Dziewczyna spuściła wzrok, nie chciała rozmawiać na ten temat. To siedziało głęboko w niej, nie chciała przed nikim pokazywać zakątków swojej duszy, a już w szczególności nie przed nim. Wpatrywała się w swoje kościste palce, które splatał w nerwowym odruchu. Uparcie milczała, aż Harry nie wrócił do kuchni. Wstała wtedy gwałtownie i pobiegła na górę, aby znów zamknąć się u siebie. W końcu odetchnęła, nie musiała zmuszać się do rozmów, mogła leżeć, sam na sam ze swoim smutkiem, w którym całkowicie się zatraciła.

      Niebo zaczęło robić się ciemne, ale nie była senna. Przecież mógł wrócić w każdej chwili, nie mogła tego po prostu przespać. Musiała tu siedzieć. Na pewno będzie zmęczony, gdy wróci. Powinna z pewnością podgrzać kolację, musi być wycieńczony. Poszła do kuchni po kolejną kawę tylko to teraz trzymało ją przy życiu. Czekała...

      Później było już lepiej, z każdym dniem wychodziła z pokoju coraz częściej. Nadal płakała nocami, ale obraz Rona, Ginny i innych powoli zamazywał się w jej pamięci. Przeżyła wojnę, ciężkie czasy, więc teraz też musiała żyć. Dla innych i dla siebie. Była jeszcze zbyt młoda. Chciała z tego wyjść, otrząsnąć się w końcu i być jeszcze szczęśliwa. A teraz... Teraz jej potrzebowali.
    - Pamiętasz o wszystkich środkach ostrożności?
      Kiwnęła głową w odpowiedzi i westchnęła głęboko.
    - To dobrze, jesteś pewna, że chcesz to zrobić?
      Powtórzyła swój gest. Już kilka razy zapewniała Harry'ego, że wszystko jest w porządku. Nie była już dzieckiem, umiała o siebie zadbać. Szczególnie teraz. Co tak naprawdę miała do stracenia? Pozostało jej tylko działanie, aby odwrócić myśli choć na chwilę.
      Razem z Malfoyem miała do wykonania zadanie. Miała się wystawić, dać porwać. Draco miał nad wszystkim czuwać, nie dać zrobić jej krzywdy. Malfoy inwigilował ich od środka i wiedział, że śmierciożercy przetrzymują w domu Notta kilku zakładników. Musieli ich uwolnić, nie mogli tak po prostu zostawić tych ludzi. Hermiona się nie bała, już dawno przestała dbać o swoje życie, a skoro mogła uratować innych...
    - Pamiętasz cały plan?
    - Tak – odpowiedziała cicho i spokojnie.
      Wyszła z domu i ruszyła prosto przed siebie. Była już noc, ale dziewczyna dokładnie wiedziała, w którym miejscu ma na nich czekać, nadal nie odczuwała strachu. Powietrze było lekko wilgotne. Kiedy ostatnio wyszła z domu? Poczuła adrenalinę, serce zaczęło bić jej mocniej. Odetchnęła głęboko, wreszcie czuła, że żyje. W końcu usłyszała za sobą szmer. Nie odwróciła się. Zamknęła oczy i odetchnęła znowu. Ktoś stanął zaraz za nią, czuła jego obecność. Udawała, że go nie wyczuła, starała się rozluźnić wszystkie mięśnie.
    - Witaj, szlamo, długo cię szukaliśmy – usłyszała znajomy głos.
      Ktoś złapał ją mocno za ramię i deportował. Świat wirował, a Hermiona miała coraz miej pewności siebie, zaczął pojawiać się strach, którego tak wyczekiwała. Sama się do tego zgłosiła, miała dość tej chorej bezczynności, chciała w końcu się do czegoś przydać.
      Kiedy znaleźli się już na jakiejś ciemnej, wyjątkowo ponurej polanie, Draco popchnął ją gwałtownie na ziemie. Krzyknęła, kiedy jej ciało zetknęła się z mokrą ziemią. Poczuła, jak nadziała się kością biodrową na ostry kamień. Sapnęła z bólu, czekając na dalszą część przedstawienia.
    - No to nam się dzisiaj udało – usłyszała zachrypnięty głos, którego nie znała.
    - Och, tak – mruknął Malfoy niewyraźnie.
    - Wstawaj, Granger! Jeszcze Potter i będziemy mieli komplet - znów ten głos.
      Ktoś złapał ją za włosy i w ten sposób próbował postawić ją do pionu. Syknęła z bólu i spojrzała na mężczyznę. Na twarzy miał maskę, był dość niski i krępy. Kontrastował z wysokim i smukłym Draco.
    - Polowaliśmy na ciebie, od dawna, ale jakoś nie wychodziłaś zbyt często – powiedział spokojnie Malfoy.
    - Nie czeka was nic, oprócz Azkabanu albo śmierci! - krzyknęła, a mężczyzna, który ją trzymał, uderzył ją w twarz.
      Znów znalazła się na ziemi i poczuła jak policzek pali ją żywym ogniem.
    - Cruccio!
      Znała już ten ból. Mimo wszystko zaskoczył ją, jej wychudzone ciało zareagowało z większą siłą. Nie miała już tyle siły, co kiedyś. Krzyczała, miała wrażenie, że stoi w ogniu. Jednak nie to było najgorsze, nie mogła jasno myśleć, ale przed oczami miała ciała Rona i Ginny, zakrwawionych, zmaltretowanych, martwych. Wolałaby umrzeć, niż widzieć to jeszcze przez chwilę. Łzy spływały jej po policzkach, a ona powoli zapominała, gdzie się znajduje. Traciła świadomość. W końcu zapanowała upragniona ciemność.

      Nie mógł przecież jej okłamać... Ufała mu. Uwierzyła, kiedy powiedział, że zawsze będzie wracał, do niej... Nie pozwalała sobie na łzy, musiała być silna, kiedy wróci musi zastać ją szczęśliwą, na pewno będzie bardzo zmęczony. Powita go promiennym uśmiechem i pocałuje jak zawsze na powitanie. Czekała...

      Kiedy odzyskała przytomność, pierwsze co do niej dotarło to smród i wilgoć panującą w pomieszczeniu. Otworzyła oczy, ale to nie zrobiło żadnej różnicy, w lochu panowała nieprzenikniona ciemność. Słyszała oddechy swoich współwięźniów. Na jedynym nadgarstku czuła ciężki łańcuch, była przykuta do ściany. Odetchnęła głęboko, czuła się wycieńczona tą misją, zanim się jeszcze na dobrze zaczęła. Mimo wszystko miała nadzieję, że teraz będzie już tylko łatwiej. Nie miała pojęcia, która jest godzina. Oparła głowę o ścianę i zamknęła oczy, drżała z zimna. Będzie musiała spędzić tutaj trochę czasu, zanim będą mogli ją stąd wyciągnąć.
      Śmierciożercy od jakiegoś czasu porywali ludzi i przetrzymywali ich, aby byli ich kartą przetargową. Zazwyczaj zakładnicy pochodzili ze starych rodów lub byli rodzinami jakiś ważnych postaci. Wizja morderstwa kogoś bliskiego skłaniała ludzi do pomocy zwolennikom Czarnego Pana. Chociaż Voldemort nie doceniał siły miłości, oni wiedzieli, jak wielką jest mocą. Czarodzieje robili wszystko, żeby zapewnić życie swojej matce, bratu lub córce. Nie spodziewając się wsparcia od rządu, który wszystkie swoje misje skrupulatnie ukrywał. Właśnie dlatego teraz tu tkwiła, żeby ich uwolnić, w miarę możliwości nie zrzucając podejrzeń na któregoś ze śmierciożerców, nie mogli ryzykować zdemaskowania Dracona, był zbyt cenny.
    - Obudziła się już pani? - usłyszała koło siebie chłopięcy głos.
      Natychmiast spojrzała w stronę, z której pochodził. Nie była pewna, czy pytanie było skierowane do niej.
    - Masz na myśli mnie? - zapytała słabo, czuła pieczenie w gardle.
    - Tak, panią. Długo pani spała. Myślałem, że już się pani nie obudzi.
    - Proszę, przestań mówić do mnie na pani. Jestem Hermiona, a ty?
    - Hermiona? Hermiona Granger? Ja jestem John.
    - Miło cię poznać – mówienie sprawiało jej trudności. - Ile masz lat?
    - Dziesięć.
      Ścisnęło ją w gardle. Dziesięć... Poczuła jeszcze większą nienawiść do śmierciożerców. Jak mogli robić coś takiego innym ludziom? I do tego dzieciom? Którego niewinnego człowieka jesteś dzieckiem, John?
      Musiała szybko ich stąd wyciągnąć. Z zamyślań wyrwał ją dźwięk otwierania drzwi i światło, które na chwilę ją oślepiło. Draco pewnie wszedł do pomieszczenia, z wyciągniętą różdżką szybko podchodził do wszystkich więźniów i szeptał jakieś zaklęcie. Kiedy obszedł już wszystkich, stanął przed Hermioną i za pomocą czarów zdjął jej łańcuch.
    - Wychodzimy – szepnął.
    - Co? - spojrzała na niego nieprzytomnie.
      Bez odpowiedz złapał ją za ramię i deportowali się.
      Kiedy Hermiona stanęła na ziemi, nogi się pod nią ugięły i upadła na kolana. Chłopak szybko ją podniósł. Znaleźli się przed jakimś dużym domem i Malfoy, rozglądając się niespokojnie, poprowadził dziewczyną do środka. Dom był większy, niż początkowo jej się zdawało i pięknie urządzony, ale zarazem był pusty. Nie miał duszy, tak, jakby nikt w nim nie mieszkał, nikt nie zostawił cząstki siebie. Draco posadził ją na kanapie i pstryknął palcami. Natychmiast pojawił się skrzat domowy z kolacją.
    - Co się dzieje? - zapytała Hermiona.
    - Mała zmiana planów. Rzuciłem zaklęcie usypiające na strażnika i więźniów. Wrócimy, zanim się obudzą. Nie mogłem cię tam zostawić, praktycznie bez jedzenia i wycieńczoną, Dawno nie wiedziałem, żeby Cruciatus oddziaływał na kogoś tak mocno. Twój organizm jest wyniszczony, zjedz coś – wskazał na stół.
    - W tym domu można się deportować? - zapytała zaskoczona.
    - Przez deportację nie można dostać się do środka, ale można z niego wyjść. Wy nie możecie, łańcuchy, którymi jesteście przykuci są magiczne. Zdecydowałem, że w miarę możliwości wszystkie noce będziesz spędzała tutaj.
      Kiwnęła głową i zabrała się za kolację, to było właśnie to, czego potrzebowała. Kiedy poczuła, że jej żołądek jest przyjemnie pełny i skradła trochę czekolady dla Johna, Draco zaprowadził ją do sypialni i mogła przespać się w prawdziwym, miękkim łóżku. Zasypiając czuła wyrzuty sumienia, myśląc o Johnie i innych więźniach, którzy mieli do dyspozycji tylko ten swój mały kawałek zimnej, twardej ziemi...

    Była noc. Wydawało jej się, że na podwórzu coś się poruszyło. Natychmiast wpatrzyła się w tamto miejsce z napięciem. Może wrócił? Nie, nie, nie. To niemożliwe, wiedziałaby to, czułaby. Musiała być cierpliwa. Czekała...

      Wróciła do celi zaraz nad ranem, pod peleryną-niewidką. Kiedy siedziała już przykuta do ściany, odetchnęła z ulgą, wszystko udało się bez komplikacji. Kiedy John się obudził zbliżyła się do niego, na tyle, na ile pozwalał jej łańcuch.
    - Dostaniesz coś ode mnie, ale nie zadawaj pytań i nikomu nie mów, najlepiej w ogóle się nie odzywaj, dobrze? - szepnęła.
    - Tak – usłyszała cichutką odpowiedź.
      Wyciągnęła czekoladę i podała ją chłopcu. Nie powiedział nic, tak, jak prosiła. Ścisnął tylko z wdzięcznością jej dłoń.
      Dni mijały wolniej, niż kiedykolwiek. Przesypiała całe dnie i czekała, aż w nocy przyjdzie po nią Draco. Był prawie codziennie. Te kilka godzin wołała przeznaczać na coś innego niż sen. Najczęściej leżała na kanapie i czytała książki. Po kilku dniach Malfoy jakby się do niej przekonał. Ten czas zaczął spędzać obok niej, rozmawiając o czymś innym, niż misja. Dowiedziała się o nim wiele. Tak naprawdę, to on też stracił wiele podczas tej wojny. Jego rodzice zostali zamordowani przez Lorda Voldemorta, jego nazwisko nie było już szanowane. Z wielkiego arystokraty z ambicjami stał się nikim. Wzbudzał nienawiść gdziekolwiek się pojawił, ludzie nie wiedzieli, że jest szpiegiem. Chociaż próbował to ukryć, to Hermiona widziała, że męczy go to. Zbliżali się do siebie dzień po dniu. Noc po nocy.
      Ostatnia noc przed zakończeniem misji była przełomowa. Była Gryfonka czekała na ten dzień z niecierpliwością, płacz Johna, który usychał z tęsknoty za rodziną łamał jej serce za każdym razem. Chciała powiedzieć mu, że musi wytrzymać jeszcze kilka dni, ale nie mogła. Tej nocy leżała w łóżku koło Malfoya. Nie chciała, żeby sypiał na kanapie, nie przeszkadzała jej ta bliskość. Lubiła czuć kogoś koło siebie, wszystko wydawało się mniej przerażające. Czekała, aż nastanie świt. Plan był prosty, dostała od Draco kilka różdżek, uwolni więźniów i rozda je im. Później jakoś pójdzie... Podejrzenie spadnie na któregoś śmierciożercę, ale nie Malfoya. Przynajmniej taką mieli nadzieję. Nic nie powinno powiązać go z tym wszystkim. Był zbyt wysoko postawiony, to on będzie dowodził poszukiwaniem ich. Teraz wystarczyło już tylko czekać...
    - Jak się czujesz? - szepnął mężczyzna.
    - Bywało lepiej – odpowiedziała cicho.
      Draco przysunął się do niej i mocno przytulił. Oboje w tym momencie czuli się lżejsi o kilka kilogramów smutku, który zalegał na ich duszach.

      Lubiła wspominać tę noc, po raz pierwszy od tak dawna czuła się bezpiecznie. Czuła się, jak w domu przy człowieku, nie w budynku. To był ich początek. Czyżby to był ich koniec? Potrząsnęła głową, to nie mogła być prawda, on wróci. Czekała...

      Różnokolorowe światła przemykały zaraz koło niej. Trzymała Johna za rękę i biegła prosto przed siebie, co chwilę odwracając się i strzelając oszałamiaczem w napastników. Chłopiec nie miał już sił i co chwilę się potykał. Zirytowana Hermiona wzięła go na ręce zasłaniając go swoim ciałem przed niebezpieczeństwem. Z dodatkowym obciążeniem biegła wolniej, a jej kroki były mniej pewne. Powoli traciła nadzieję, w pościgu zostało już tylko dwóch śmierciożerców, ale ona powoli zaczynała czuć, że to już koniec. Ta misja się nie uda, ona nie ucieknie. Chłopiec szlochał uczepiony jej szaty. Po co było jej to wszystko? Mogła teraz żyć spokojnie, a skazała się na śmierć. Przyspieszyła jeszcze kroku i wtedy go zobaczyła. Stał na samym środku drogi z wyciągniętą różdżką.
    - Schowajcie się – szepnął i wskazał na krzaki.
      Kaptur zasłaniał całą jego twarz, ale nie mogła nie poznać go po głosie. Ukryła się i uciszała przytulonego do niej chłopca, głaszcząc go po włosach. Usłyszała podniesione głosy i przez prześwity w liściach widziała świstające światła. W końcu mężczyzna do nich podszedł i zrzucił kaptur. Hermiona odetchnęła z ulgą. Odstawiła delikatnie Johna na trawę i pocałowała go w czoło.
    - Tak się bałam – zwróciła się do przybysza i rzuciła mu się na szyję.
      W tym momencie zrobił coś, czego się nie spodziewała. Z całą mocą przycisnął swoje usta do jej warg. Przed chwilą otarła się o śmierć, bał się o nią i całą swoją ulgę i podziękowanie, że jest, przelał w tym pocałunku. Nie był długi, ale oboje zawarli w nim wszystko, co chcieli. Całą nadzieję na lepsze życie.

      Po jej policzkach płynęły łzy. Był teraz całym jej światem, nie mogła go stracić. To dzięki niemu odżyła. Dlaczego pozwoliła znów się komuś do siebie zbliżyć? Nie, on wróci. Wróci przecież i będzie szczęśliwy, że znów ją widzi. Siedziała więc i grzecznie czekała...


      Nie chcieli tracić czasu, Hermiona wprowadziła się do niego po kilku miesiącach. Najlepszych w jej życiu. Ciężkie przeżycia zmieniają ludzi i oboje nie byli już tymi, kim w czasach szkolnych. Dorośli. Była szczęśliwa mogąc budzić się obok niego, ale teraz jej życie zamieniło się w ciągłe czekanie. Draco wychodził na spotkania śmierciożerców, a ona zawsze siadała wtedy na parapecie i czekała. Bała się, że w końcu odkryją, że jest szpiegiem. Zawsze wychodząc kazał jej na siebie czekać i ona spełniała to polecenie. Uparcie wpatrywała się w furtkę i po prostu tak trwała, w tym dziwnym stanie. Aż w końcu nadeszła jego ostatnia misja, urządzili razem z Harrym obławę. Draco obiecał, że zabierze ją stąd gdzieś daleko, kiedy tylko wróci, ale nie wrócił.
      Więc czekała, jeden dzień, później kolejny. Harry nie miał żadnych informacji.
    - Hermiono, wydaje mi się... Wydaje mi się, że oni go zamordowali – szepnął któregoś razu.
       Dziewczyna pokręciła tylko spokojnie głową.
    - A czy wiedziałeś jego ciało?
    - Nie.
    - Więc żyje... Obiecał, że wróci, a on jeszcze nigdy mnie nie zawiódł...

      Siedziała więc na parapecie i czekała, aż Draco wróci. Mijały dni, ale ona nie traciła nadziei, nie mogła. Przecież obiecał. Wpatrywała się przez okno i nasłuchiwała. Czekała, aż przejdzie przez drzwi, powie, że ją kocha i zabierze daleko stąd. Bo przecież kazał na siebie czekać, a on już dawno przestał kłamać. Choćby miała czekać na niego do końca życia, to zrobi to. Na tym właśnie polega zaufanie. Zbyt wielu ludzi już straciła, a on obiecał, że będzie zawsze. Pozostawało już tylko czekanie na jego powrót, bo on przecież wróci, prawda?