Rozdział II

Hermiona wybudziła się z koszmaru i krzyknęła, gdy zobaczyła nad sobą twarz. Patrzyła na nią z przerażeniem, gdy powoli resztki snu się rozmywały i rozpoznała przyjaciółkę, która pochylała się nad nią z zatroskaną miną. Musiała kilka razy odetchnąć głęboko, zanim nocne obrazy opuściły ją do końca.
   - Co się dzieje? - zapytała cicho,  zachrypniętym głosem.
   - Musisz natychmiast wstać, wszyscy mamy iść do wielkiej sali.
   - Dlaczego? Co się stało?
   - Nie wiem, ale słyszałam plotki... Podobno znaleziono... Znaleziono czyjeś ciało. - Jej oczy były ogromne ze strachu.
Hermiona poderwała się z łóżka i próbowała znaleźć w twarzy przyjaciółki jakiekolwiek oznaki, że to tylko bardzo głupi żart. Niestety, Ginny była śmiertelnie poważna i wystraszona. Dziewczyna nie zadawała już więcej pytań. Wyskoczyła z łóżka i zaczęła nerwowo szukać swoich ubrań.
To nie może dziać się znowu. Nie po tym, jak Voldemort został pokonany, a Hogwart znowu stał się bezpieczny. Nie po tym, jak przez ostatnie miesiące walczyła z bezsennością i lękami. Ale przecież to tylko plotki... Zawsze może chodzić o jakieś nieplanowane zebranie wszystkich domów... Może chodzić o cokolwiek... Może to jakieś stare ciało? Szkielet? Albo ktoś zginął w skutek ataku zwierzęcia?
Spojrzała na zegarek, było dokładnie pięć minut po szóstej w czwartek. Co do cholery mogło się stać o tej porze?
Gdy tylko weszła do wielkiej sali, zrozumiała, że nie był to ani głupi żart, ani część snu. Z sufitu, zamiast herbów domów, zwisały czarne proporce. Uczniowie, którzy zbierali się przy stołach, szeptali między sobą nerwowo. Przy stole Puchonów część młodych czarodziejów płakała, a dwie dziewczyny zanosiły się szlochem.
Hermiona usiadła obok dwóch Gryfonek z piątej klasy, które przyciszonymi głosami wymieniały się plotkami.  Spojrzała w stronę stołu Slytheriunu i na twarzach kilku uczniów dostrzegła złośliwe uśmiechy. Trafiła na spojrzenie Laurusa, który wpatrywał się w nią z zupełnie obojętną miną. Pod wpływem jego wzroku spuściła szybko głowę i wpatrzyła się w swoje dłonie.
Kiedy sala wreszcie się zapełniła, McGonagall wstała i podeszła do mównicy. Hermiona zwróciła uwagę, że każdy, nawet najmniejszy element jej ubioru jest czarny. Dopiero teraz powoli zaczynała zdawać sobie sprawę, że to wszystko jest prawdą. Już dwa razy widziała w Hogwarcie podobną atmosferę: po Turnieju Trójmagicznym, gdy zginął Cedric oraz po śmierci Dumbledore'a.
   - Część z was zapewne wie, dlaczego spotykamy się tutaj o tej porze. - Hermiona usłyszała, że głos łamał jej się nieznacznie. - Dziś rano odnaleziono na błoniach ciało Phoebe Carter, uczennicy czwartego roku. Proszę o uszanowanie jej pamięci i prywatności, nierozprzestrzenianie plotek i wyczucie względem jej rodziny, gdy przyjadą po odbiór ciała. Inną kwestią jest, że wczorajszej nocy na terenie zamku przebywał morderca. Daleka jestem od osobistych wniosków, ale proszę wszystkich o wzmożoną ostrożność. Od dziś wchodzi kategoryczny zakaz wychodzenia z dormitoriów po zapadnięciu zmroku. Chciałabym, żeby wszyscy uczcili teraz pamięć Phoebe minutą ciszy, a potem udali się do swoich pokoi. Prefekcie naczelni zostają.
Wszyscy uczniowie wstali przytłoczeni słowami dyrektorki. Wielka sala opustoszała w akompaniamencie przyciszonych głosów. Hermiona zauważyła, że Draco zmierza w stronę stołu nauczycielskiego i zrobiła to samo. Stanęli obok siebie, praktycznie sami w przystrojonej na czarno jadalni. Dziewczyna spojrzała po zgromadzonych nauczycielach. Pani Sprout, opiekunka Hufflepuffu, ocierała dłonią łzy. Profesor Slughorn patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Brakowało Hagrida.
   - Wam jedynym mogę powiedzieć co dokładnie się stało - zaczęła McGonagall. - Jeżeli wyjdzie to poza tę salę, to będę wiedziała, że to wy, rozumiecie?
Skinęli głowami.
   - Profesor Hagrid znalazł ją dzisiaj nad ranem na skraju zakazanego lasu. Miała poderżnięte gardło, jakichkolwiek śladów sprawcy brak. Nie wiemy co się stało oraz co robiła tam w nocy. Za godzinę zaczniemy rozmowy z jej przyjaciółkami, chcemy dać im chwilę na żałobę.
Hermiona poczuła, jak pocą jej się dłonie. Poderżnięte gardło... Sprawca musiał być chory, żeby to zrobić.
   - Ten potwór może nadal przebywać na terenie zamku, niewykluczone, że jest jednym z uczniów.
W głowie dziewczyny mimowolnie utworzyło się kilka typów. Pomyślała o ciemnych, czujnych oczach Laurusa. On i jego siostra byli jedynymi nowymi uczniami, nie podejrzewała przecież jedenastolatków. A przecież dopiero teraz to wszystko się zaczęło.
   - Muszę prosić was, abyście razem z nauczycielami patrolowali nocami korytarze. Najlepiej wspólnie, dla waszego bezpieczeństwa. Dostaniecie same pierwsze zmiany, aby nie odbiło się to na waszej nauce i stopniach. Póki nie dowiemy się kto to zrobił, chcę zapewnić uczniom jak największe bezpieczeństwo.
Znów przytaknęli. Hermiona i tak nie miała pojęcia, co mogłaby powiedzieć w tej sytuacji. Że to straszne czy oburzające? Wszystkie słowa wydawały się głupie i niepotrzebne. Ktoś zginął. Jeszcze jeden niemy duch w historii Hogwartu.

Ginny zaatakowała ją, gdy tylko Hermiona przekroczyła próg dormitorium.  Zeskoczyła szybko z łóżka i podbiegła do przyjaciółki w nadziei, że wyciągnie od niej jakiekolwiek informacje.
   - Dowiedziałam się tylko, że od dzisiaj mam z Malfoy'em patrolować korytarze, nic więcej.
                 Nie chciała złamać obietnicy milczenia, ani zbytnio straszyć przyjaciółkę. To z pewnością kwestia dni, aż złapią tego świra. Zapewne ukrywa się gdzieś na terenie Hogwartu, o ile to nie jeden z uczniów. O ile to nie Laurus...
    -Miałaś już jakieś wieści od Harry'ego? - zapytała, aby choć trochę zmienić temat. Ginny zmarkotniała jeszcze bardziej.
    - Nie odwiózł mnie na dworzec, bo wymówił się pracą, żadnego listu jeszcze nie dostałam. Napisałam już chyba z pięć, ale nie chcę wyjść na wariatkę.
   - To normalne, że tęsknisz, powinnaś napisać jeden porządny list i go wysłać, tak po prostu.
Przyjaciółka uśmiechnęła się do niej, ale nie wyglądała na przekonaną.
               
Lekcje minęły w atmosferze nienaturalnej ciszy. Uczniowie, jeżeli już się odzywali, szeptali między sobą, bądź prowadzili ożywione dyskusje przyciszonymi głosami. Nauczyciele zazwyczaj to ignorowali, ale unikali rozmów na temat wydarzeń minionej nocy. W zamku i tak panowała nerwowa atmosfera, która udzieliła się wszystkim. Lekcje zielarstwa dla klas siódmych praktycznie się nie odbyły. Pani Sprout co kilka słów musiała ocierać wilgotne oczy chusteczką.
    - Była taką dobrą osobą, taką uczynną i pomocną - powtarzała kręcąc głową.
Na przerwach uczennice przemieszczały się w ciasnych grupkach, rozglądając się co jakiś czas w poszukiwaniu nieokreślonego zagrożenia.
                    Hermiona patrzyła na to ze smutkiem, Hogwart nie powinien już nigdy tak wyglądać, miał znów stać się bezpiecznym domem. Tęskniła za czasami, gdy zamkowi nic nie groziło, a przynajmniej ona o niczym niepokojącym nie wiedziała.
                    Bez Harry'ego i Rona sama utraciła po części poczucie bezpieczeństwa. Zawsze byli jej wsparciem podczas ich siedmioletniej przyjaźni. Patrzyła na błonia, gdzie w gorące dni, takie jak ten, przesiadywali często w cieniu drzew. Czasem zabierali tosty ze śniadania, aby móc zjeść posiłek wystawiając twarze do słońca. Teraz, pod ich ulubionym drzewem, siedziały  trzy młode Krukonki, odpoczywając po całym dniu lekcji.
Myślała o nich, gdy w czasie lekcji rozglądała się po sali i napotykała prawie same obce twarze ludzi, których znała jedynie z nazwiska. Gdy dostali pierwszą pracę domową nikt nie narzekał w tak irytujący sposób i nie chodził za nią, aby pokazała swoje dopracowane notatki. Nigdy nie sądziła, że zatęskni nawet za tym. Teraz pewnie Harry wyrywałby się, aby szukać napastnika i znów zostać  bohaterem, a Ron bagatelizowałby całą sprawę. Uśmiechnęła się na tę myśl.
                     
Szła przez ciemny, opustoszały korytarz. Wsłuchiwała się w echo swoich kroków roznoszące się po zamku. Jakiś irracjonalny strach sprawił, że dla pewności zaciskała dłoń na różdżce i przezornie zachowywała się jak najciszej, aby ewentualnie usłyszeć napastnika. Ulżyło jej dopiero, gdy wyszła za róg i zobaczyła opartego o ścianę, wyraźnie znudzonego Malfoy'a. Chłopak obrzucił ją krótkim spojrzeniem i powrócił do wpatrywania się w ścianę przed sobą. Podeszła pewnym krokiem pod pokój nauczycielski, starając się nie okazać niepokoju, który czuła jeszcze przed chwilą, i zapukała. W drzwiach stanął profesor Flitwick, który uśmiechnął się do niej smutno.
   - Dobry wieczór, przyszliśmy , aby zacząć dzisiejszy dyżur. - Ta wypowiedź zabrzmiała tak sztucznie, że stojący za nią Malfoy aż parsknął.
   - Idealnie. Wasz przydział to piąte piętro. Prosiłbym was o pozostanie przynajmniej do północy, panno Granger.
Trzy godziny z Malfotem, tyle powinna wytrzymać.
   - Nie ma co tracić czasu - westchnął Ślizgon i, nie czekając na dziewczynę, ruszył w stronę schodów.
Poczuła irytację już od pierwszych spędzonych z nim minut, gdy musiała podbiegać aby dotrzymać mu kroku. Malfoy nie zamierzał zwalniać, ewidentnie czerpiąc przyjemność z tej małej złośliwości. Uspokoił się dopiero, gdy znaleźli się na piątym piętrze, a nad nim zawisła wizja przechadzania się bez żadnego celu przez najbliższe kilka godzin.
Krążyli po korytarzu utrzymując między sobą możliwie jak największy dystans. Po godzinie Hermiona zobaczyła, że Draco zaczyna się nudzić. Przystawał przy każdym obrazie, aby obejrzeć go jak najdokładniej. Gdy zobaczył już wszystko, co go ciekawiło, zaczął bawić się swoją różdżka i co chwila wystrzelały z niej iskry w różnych kolorach. W końcu odchrząknął.
   - Jak myślisz, Granger, kto normalny mając różdżkę podrzyna dziewczynie gardło? - zapytał w końcu.
Hermionę tak zaskoczył jego cichy głos, że minęła chwila, zanim dotarło do niej o co właściwie zapytał.
   - Myślisz, że powinieneś zapytać swoich przyjaciół, których nie zdążyli wyłapać, może to któryś z nich.
Prychnął.
   - Ta złośliwość jest poniżej mojego poziomu, więc na nią nie odpowiem, ale ponawiam swoje pytanie. Kto mając różdżkę wybiera nóż?
   - Ktoś bardzo sprytny albo jakiś świr, którego podnieca krew.
   - Ja osobiście mam inne upodobania, ale ludzie są różni. Rozwiń swoje teorie, Granger.
   - Wyobraź sobie, że w tę dziewczynę trafiło zaklęcie niewybaczalne. Co robią jako pierwsze? Sprawdzają wszystkie różdżki pod kątem ostatnio rzucanych zaklęć i znajdują winowajce.
Zastanowił się nad tym przez chwilę.
   - Ciekawe, ale są luki, których nie dasz rady zapełnić. Po pierwsze kradzież różdżki to nie problem, można wrobić kogoś konkretnego lub skorzystać z okazji w zależności co się nawinie. Po drugie nie jest powiedziane, że ta osoba ma tylko jedną różdżkę. Nie ma formalnego zakazu posiadania dwóch.
   - Masz rację, ale o wiele bardziej wolałabym, żeby ta teoria się potwierdziła. Nie chciałabym mieć do czynienia ze świrem, który używa noża dla przyjemności.

Po dwóch godzinach Hermiona znała każdy zakamarek piątego piętra na pamięć. Mogła wymieniać obrazy w kolejności i dokładnie wiedziała, że trzecia zbroja jako jedyna ma uniesioną przyłbicę.
   - To nudniejsze niż wszystkie szlabany razem wzięte - westchnął Draco, gdy do końca pozostało im ostatnie trzydzieści minut.
Zachowywał się jak dziecko, które pozostawione bez atencji zaczyna wariować. Najwidoczniej nie umie zostać sam na sam ze swoimi myślami na kilka godzin.
   - Chyba zasłużyłem na gorącą kąpiel w łazience prefektów. - Przeciągnął się i ziewnął. - Idziesz ze mną?
W odpowiedzi posłała mu zirytowane spojrzenie. Nie była w stanie wyobrazić sobie, że właśnie tak będzie teraz spędzała wieczory, towarzystwo chłopaka z przerośniętym ego, zamiast przyjaciół.
   - Nie ma problemu, tak tylko zapytałem. Przydałoby ci się trochę relaksu, może wreszcie przestanie cię wszystko irytować.
   - Pozwól, że zrelaksuję się sama - warknęła. - Jest pięć minut po północy, możemy wreszcie iść.
Nie czekała na jego odpowiedź, tylko odwróciła się na pięcie i ruszyła w swoją stronę. Żegnanie się z Malfoy'em było ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę, więc nawet nie obejrzała się za siebie wchodząc na schody prowadzące do wieży Gryffindoru.  O dziwo, usłyszała jego kroki zmierzające tuż za nią, zamiast w kierunku lochów.
   - A ty gdzie? - Zatrzymała się tak gwałtownie, że Draco potknął się o stopień i zaklął łapiąc się poręczy.
   - A jak myślisz? Odprowadzam cię - prychnął.
   - Umiem sama wrócić do dormitorium.
   - Posłuchaj, Granger, nie byłoby mi na rękę, gdyby coś ci się stało, a ja byłbym ostatnią osobą, która widziała cię żywą.
Przewróciła oczami i ruszyła w górę schodów ignorując obecność irytującego Ślizgona. Póki był cicho, mógł za nią iść.
Łaskawie poczekał w pewnej odległości, aby Gryfonka mogła w spokoju  wypowiedzieć hasło i odprowadził ją wzrokiem, gdy bez pożegnania znikała w dziurze za portretem Grubej Damy.

Wszystkie dziewczyny już spały, gdy Hermiona wreszcie przebierała się w piżamę. Była tak zmęczona wszystkimi wydarzeniami tego dnia i emocjami, które przyniósł. Na dobrą sprawę marzyła tylko o tym, żeby przez cały kolejny dzień nie musieć wychodzić z łóżka. Zaczęła właśnie rozczesywać splątane po całym dniu włosy, gdy w okno dormitorium zapukała sowa. Zaskoczona dziewczyna otworzyła okno i przyjrzała się zwierzęciu. Nie była to ani nowa sowa Harry'ego, ani Świnka, sowa Rona. Ptak był niepozorny, o typowym umaszczeniu.
Zaintrygowana dziewczyna odwiązała małą kopertę, a w niej znalazła krótki liścik. Najpierw w oczy rzuciły jej się szkarłatne litery. Czerwony atrament? Krew? Poczuła jak jej serce przyspiesza.

Zagrajmy w skojarzenia. Pierwsze hasło: morderstwo. 28/07/1998

       Wpatrywała się w treść przerażona, nie do końca ją rozumiejąc, ale domyślając się nadawcy.  Groźba, ostrzeżenie, a może zagadka? Skupiła się na dacie, próbując przypomnieć sobie gdzie mogła być tego dnia. Dwudziesty ósmy lipca... W jej mózgu nagle pojawił się wyraźny obraz tego dnia. Przeszedł ją lodowaty dreszcz przerażenia, a potem poczuła jak robi jej się słabo, a dormitorium traci ostrość...

_____________________________________

Witam w ten gorący dzień! Mam nadzieję, że rozdział Wam się podobał! Niestety nie będę miała kiedy przepisać teraz kolejnego rozdziału, więc będzie za jakieś 3 tygodnie :/
Czekam na komentarze i pozdrawiam,
Mary!

Rozdział I

Na peronie 9 i 3/4 panował typowy dla tego miejsca gwar. Hermiona jeszcze raz czule żegnała się ze swoim narzeczonym. Tylko ona z ich trójki zdecydowała się na powrót do Hogwartu, ale na myśl o wyjeździe zaczynała tego powoli żałować. Przez okres wakacji żyła jak w bajce. Wreszcie czuła się bezpieczna i kochana, nie musiała martwić się o kolejny dzień. Ze łzami wzruszenia w oczach patrzyła na swój zaręczynowy pierścionek, był idealny, drobny i skromny. Ron odkładał na niego pieniądze przez dwa miesiące, ale ona najchętniej by mu je zwróciła. Wystarczyła jej tylko świadomość, że jest obok niej i ją kocha.
   - Zobaczymy się w święta! - zawołał, gdy dziewczyna biegła na ostatnią chwilę do pociągu.
Przy pomocy jakiegoś uczynnego Krukona udało jej się wciągnąć kufer do środka i ulokować go w przedziale. Luna i Ginny zajęły już miejsca i prowadziły ożywioną dyskusję na temat minionych wakacji, które blondynka spędziła z ojcem w Rosji.
Hermiona przywitała się z nimi szybko, wymieniła kilka zdań i ruszyła na przód pociągu, aby, jako prefekt naczelny, zapoznać się z resztą i rozdzielić zadania. Wbiegła szybko do przedziału i zgodnie z jej oczekiwaniami wszyscy już na nią czekali.
   - To jakiś żart? - prychnęła od progu, gdy tylko zobaczyła wysokiego blondyna z lśniącą odznaką przypiętą do szaty.
   - Ciebie też miło widzieć, Granger – mruknął Malfoy. - Skoro już zdecydowałaś się do nas dołączyć, to może usiądziesz?
W odpowiedzi posłała mu lodowate spojrzenie. Nie sądziła, że jego ojciec ma nadal taką pozycję, aby wepchnąć swojego synalka na stanowisko prefekta naczelnego. Na pewno nie po tym wszystkim...
Nawet nie próbowała przerywać wywodu Malfoy'a, gwoli ścisłości nawet nie do końca go słuchała. Jaka niesprawiedliwość pozwoliła mu znów się puszyć w centrum uwagi, zamiast zepchnąć go w cień, co akurat dla niego zdawało się najdotkliwszą karą? Do tej pory nie zdawała sonie sprawy, jak bardzo już nigdy nie chciała oglądać twarzy jego i innych Ślizgonów. Widziała w nich odbicie ognia, ruin i strachu, który w sobie nosiła przez ostatni rok. Czasy się zmieniają, ale ludzie nigdy.
   - Chciałabyś coś jeszcze dodać? Nie wierzę, że usiedziałaś tyle w ciszy.
Ktróraś z obecnych dziewczyn zachichotała. Hermiona rozejrzała się po twarzach innych prefektów i odchrząknęła.
   - Chciałabym, żeby dla nas wszystkich był to owocny rok. Pamiętajcie, że jesteście takimi samymi uczniami jak inni, nie może się wywyższać i wykorzystywać swojej pozycji – spojrzała na Dracona. - To już wszystko.
Prefekci rozeszli się w ciszy, aby zacząć patrole pociągowych korytarzy. Hermiona poczekała, aż ona i Ślizgon zostaną zupełnie sami, bo najwidoczniej Mafoy'owi też nieszczególnie spieszyło się do wyjścia. Wymieniali między sobą wyczekujące spojrzenia, odliczając sekundy do konfrontacji.
   - Wszystko da się kupić, prawda?
   - To zależy, są rzeczy na które nie stać nawet mnie.
   - Jak poczucie winy albo honor? - warknęła.
   - Nie mogę nic sobie zarzucić, zmieniłem stronę podczas bitwy.
   - Szczury zawsze pierwsze uciekają z tonącego statku – prychnęła.
   - Nie rozumiem, czego oczekiwałaś zostając tutaj, aż wszyscy wyjdą. Przeprosin? - rzucił jej kpiący uśmiech.
   - Najbardziej to oczekiwałam, że zaszyjesz się w dziurze z której wylazłeś, żebym już więcej nie musiała cię oglądać.
   - Już wiem, zostałaś tutaj, żeby usłyszeć, że ojciec przekupił kogoś, żebym dostał tę odznakę. Poczułabyś się lepiej?
   - To i tak do niczego nie prowadzi.
Wstała i zdecydowanym krokiem wyszła z przedziału. Malfoy zadał jedno celne pytanie. Czego oczekiwała? Może myślała, że zbierze się na odwagę i wyrzuci z siebie całą frustrację, którą poczuła na jego widok? Potrzebowała usłyszeć cokolwiek, na przykład jak to się stało, że po tym jak służył Voldemortowi uniknął kary.
Między Ginny a Luną nadal trwała dyskusja, ale tym razem mówiły przyciszonymi głosami i co chwilę zerkały w stronę drzwi.
   - Słyszałaś? Mafoy sprowadził tu swoją małą armię – prychnęła Weasley, gdy tylko Hermiona weszła do środka.
Panna Granger posłała jej zaskoczone spojrzenie.
   - Pansy Parkinson, Blaise Zabini i ten dziwak, Teodor Nott, oni wszyscy tu są. Podobno wysłali jakieś listy do Ministerstwa Magii i McGonagall z prośbą o powtórzenie siódmej klasy ze względu na to, że program nauczania z tamtego roku był niezgodny z wytycznymi. To jakiś ponury żart.
Hermiona prawie nie poczuła się zaskoczona.


Zanim wprowadzono pierwszoroczniaków na ceremonię przydziału, nowa dyrektorka Hogwartu, profesor McGonagall, wstała ze swojego miejsca, aby przemówić. W blasku świec i lamp wydawała się o wiele starsza niż zaledwie kilka miesięcy temu.
   - Na właściwą przemówię przyjdzie jeszcze czas – zaczęła szorstkim tonem. - Teraz mam dla was jednak krótką informację. Z pewnych względów Hogwart zyska w tym roku dwóch nowych uczniów w klasach wyższych niż pierwsza. Dołączy do nas rodzeństwo Moriera da Hayes z brazylijskiej szkoły Castelobruxo. Oboje płynnie posługują się językiem angielskim. Mam nadzieję, że przyjmiecie ich dobrze i pokażecie gościnność, jaką szczyci się Hogwart.
Gdy skończyła mówić, drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się i profesor Slughorn wprowadził młodych czarodziejów. Zgromadzeni uczniowie zaczęli szeptać, gdy tylko ich oczom ukazało się idące na samym końcu rodzeństwo. Chłopak był wysoki i szczupły. Miał delikatne, łagodne rysy twarzy. Gdy przechodził obok Hermiony, spojrzał na nią i uśmiechnął się tak lekko, że ledwo to zauważyła, jednak od razu rzucił jej się w oczy kolor jego tęczówek, które były tak ciemne, że niemal zlewały się ze źrenicami.
Siostra była do niego bardzo podobna. Być może byli bliźniętami? Hermiona nie do końca umiała określić ich wiek, ale z pewnością mieli więcej niż piętnaście lat. W ich ruchach była pewna niezwykła, kocia miękkość, aż trudno było oderwać od nich wzrok.
   - Nie wyglądają zbyt Latynosko – mruknęła Ginny półgębkiem.
   - Nazwisko po ojcu jest anglojęzyczne – odpowiedziała mechanicznie Hermiona, która wciąż ukratkiem zerkała na chłopaka.
   - Słucham?
   - W Brazylii drugie nazwisko jest nazwiskiem ojca. Hayes na pewno nie należy do tamtego języka. To albo Anglik abo Amerykanin, jestem pewna.
Rodzeństwo przydzielane było poza kolejnością i musiało poczekać aż do samego końca ceremonii. Kiedy wreszcie nadszedł ich czas, wszyscy uczniowie byli ciszej niż zwykle.
   - Pandora Moriera da Hayes, przydzielana do klasy piątej – zawołał Slughorn.
Dziewczyna, świadoma, że obserwuje ją cała szkoła, wpatrzyła się w podłogę i niepewnie ruszyła w stronę stołka. Tiara przedziału znalazła się na jej głowie i nastąpiła kilkusekundowa cisza.
   - Slytherin! - wykrzyknęła w końcu.
Przy stole Ślizgionów rozległy się wiwaty, szczególnie donośnie było słychać męską część domu. Hermiona zauważyła, że Draco Malfoy i Blaise Zabini rozsunęli się, aby dziewczyna mogła usiąść między nimi.
   - Laurus Moriera da Hayes, przydzielany do klasy siódmej!
Tutaj tiara nie zastanawiała się nawet przez moment.
   - Sytherin!
   - Cóż za cudowne rodzeństwo – prychnęła Ginny zaraz obok ucha Hermiony.
McGonagall wstała ponownie, aby zacząć właściwe przemówienie rozpoczynające nowy rok szkolny.
   - Bardzo serdecznie chciałabym powitać zarówno nowych uczniów, jak i tych dobrze mi znanych. Mam nadzieję, że będzie to rok ciężkiej pracy i odbudowy więzi pomiędzy domami. Rozumiem, że z pewnością jesteście bardzo głodni, więc chciałabym przypomnieć tylko na wstępie, że nic nie uległo zmianie i wejście do zakazanego lasu nadal jest niedozwolone!
Półmiski wreszcie zapełniły się jedzeniem, a w Wielkiej Sali zapanował gwar. Hermiona, po części zajęta indykiem, a po części słuchająca rozgadanej Ginny, intuicyjnie spojrzała na stój Slytherinum wyczuwając na sobie czyjś wzrok. Laurus patrzył prosto na nią, spojrzeniem chłodnych, czujnych oczu. Mimowolnie zadrżała.


Draco Malfoy pierwszego dnia szkoły obudził się trafiony poduszką. Otworzył opuchnięte oczy i ze złością odrzucił puchową broń w stronę atakującego.
   - Ile ty masz lat, Zabini? - warknął i zaczął powoli rozważać wstanie z łóżka.
   - Niektóre rzeczy nigdy nie wychodzą z mody szczególnie, jeżeli ofiara ma jakieś dziesięć minut, aby doprowadzić się do jakiegokolwiek stanu.
Młody Malfoy, słysząc to, poderwał się szybko z łóżka. Teodor szukał w kufrze ostatnich potrzebnych mu rzeczy, a Blaise zakładał właśnie skarpety.
   - I żaden z was nie wpadł na pomysł, żeby obudzić mnie trochę wcześniej? - syknął blondyn.
   - Jak obstawiasz, Draco, czysta czy półkrwi?
   - Nie wiem i aktualnie nie interesuje mnie, jakiej krwi jest Pandora, próbuję znaleźć swoje spodnie.
   - Jest półkrwi – mruknął Nott.
   - A ty skąd to niby wiesz? - zapytał Blaise krzywiąc się.
   - Po prostu zapytałem – Teodor wzruszył ramionami.
Draco nie miał ochoty ich dłużej słuchać, były teraz ważniejsze sprawy, niż jakaś dziewczyna, nawet, jeżeli była ładna. Musiał skompletować swoją garderobę w czasie krótszym, niż Zabini uznał, że poderwie Pandorę jako pierwszy.
Kiedy zszedł na śniadanie Wielka Sala była już praktycznie pusta. Blaise i Teodor nakładali sobie właśnie kiełbaski na talerze, a Pandora i Laurus kończyli swój posiłek przy drugim końcu stołu, z dala od wszystkich innych Ślizgonów. Pansy Parkinson, która zjadła już śniadanie, szczebiotała do Zabiniego o nowym planie zajęć. Malfoy nieszczególnie miał ochotę na rozmowę, więc gdy się do nich dosiadł, od razu złapał za półmisek.
   - Draco – szepnęła Pansy. - Nie uważasz, że ci nowi są jacyś dziwni?
   - Daj spokój – mruknął Zabini przewracając oczami. - Nikogo tu prawie nie znają, jak mają się zachowywać?
   - Nie o to chodzi. Ten chłopak... Laurus, jest z nim coś nie tak, gapi się na mnie cały czas.
   - To faktycznie jest z nim coś nie tak – skwitował Blaise.
Pansy już nic nie odpowiedziała, tylko wpatrzyła się w swój pusty talerz. Najwidoczniej nie miała ochoty kontynuować tej rozmowy, skoro w nikim nie znalazła poparcia. Draconowi było to jak najbardziej na rękę, przynajmniej już nikt nie próbował wciągnąć go do konwersacji.


Nancy Wilson umrze z zazdrości, kiedy się o tym dowie. W końcu to jej, Phoebe Carter, udało się wymknąć nocą z zamku, aby spotkać się na potajemnej randce z Larry'm Wardem! Z chęcią podkoloryzuje tę opowieść, aby wszystko wydawało się jeszcze bardziej niebezpieczne i romantyczne. Nie omieszka opowiedzieć o tym, jak musiała ukrywać się przed Filtch'em za jedną ze stojących na korytarzu zbroi oraz o pocałunku w świetle księżyca ze starszym Krukonem. Tak, po czymś takim Nancy już nigdy nie nazwie ją pryszczatym wybrykiem natury. Wszystkie te idiotki jeszcze ją popamiętają...
A potem usłyszała szmer. Blisko, bardzo blisko niej. Poczuła jak serce zaciska się jej w piersi. Zwierzę? Nauczyciel? Przestraszona spojrzała na linię drzew Zakazanego Lasu, ciągnącą się jedynie trochę ponad metr od niej. Wytężyła wzrok, aby dostrzec cokolwiek, a potem przyspieszyła kroku. Teraz była już pewna, to coś szło za nią. Jej kroki zaczęły mieszać się z szelestem drzew i dźwiękiem łamanych gałęzi. Drżącą ręką wyciągnęła różdżkę i złapała ją mocno. Byle jak najdalej od drzew, byle jak najdalej od śledzącej ją istoty. Nagle nastała zupełna cisza i słyszała już tylko siebie. Odwróciła się gwałtownie, ale nikogo za nią nie było. Panował zupełny, niczym niezmącony spokój. Nie było nawet najmniejszego wiatru, który poruszałby liśćmi. Słyszała tylko swoją krew, którą serce pompowało w zatrważającym tempie. Rozglądała się nerwowo wokoło. Czy to była tylko jej wyobraźnia? Jedyne czego teraz pragnęła, to znaleźć się w swoim dormitorium. To musiało być tylko jakieś zwierzę, które biegło niedaleko niej, nie ma się czego bać... A potem za jej plecami usłyszała wyraźny odgłos kroków. Chciała krzyknąć przestraszona, ale nie mogła wydusić z siebie głosu...


Umiem ukryć się w cieniu. Umiem być tak cicho, aby moja ofiara mnie nie usłyszała. Umiem polować. Podchodzę do niej prawie bezdźwięcznie. Chowam się i obserwuję. Czekam. Mogę wyczuć jej strach, działa na mnie podniecająco, ale muszę jeszcze dać jej chwilę, aby choć na sekundę straciła czujność. W moich żyłach pulsuje adrenalina. Poprawiam uchwyt zimnego noża, czując ekscytację. Obserwuję ją dokładniej. W bladym świetle księżyca widzę jej prawie białą, delikatną skórę. Dziewczyna zatrzymuje się na chwilę, a ja atakuję.
   - Silencio – mruczę i lewą ręką celuję w nią różdżką.
Podbiegam do niej od tyłu i chwytam ją za włosy. Próbuje krzyczeć i walczyć, ale bezskutecznie. Napawam się chwilę jej zapachem a potem unoszę nóż. Ostrze odbija delikatnie blask księżyca, gdy przykładam je do jej gardła. Jaka szkoda, że nie mogę zobaczyć teraz jej przerażenia. Rozszerzonych źrenic, piersi szybko unoszących się, gdy łapczywie chwyta powietrze. Mogę zobaczyć tylko pulsującą tętnicę w jej napiętej, wyeksponowanej szyi i mięśnie gotowe do ataku lub walki. Ale to zbyt mało... Taka wielka szkoda... Nie zobaczę, jak jej oczy powoli gasną. Jak wykrwawia się i wie, co ją czeka, widzi krew, ale nic nie może zrobić. Wykonuję szybki ruch i czuję, jak na ręce tryska mi gorąca ciecz. Popycham ją, a ona leci bezwładnie na trawę, resztami sił próbując złapać powietrze. Dusi się gulgoczącą krwią i przyciska dłonie do rany. Próbuje się czołgać w stronę zamku, ale przesuwa się może o kilka centymetrów. Nic jej nie pomoże, nie dzisiaj.

___________________________________________
Nie umiem zaczynać, nigdy nie czuję się dobrze w pierwszych rozdziałach. Mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej!
Pozdrawiam,
Mary!

Prolog



Cała trójka stała na moście i w milczeniu patrzyła na zniszczone mury Hogwartu. Promienie majowego słońca odbijały się w wodzie i musieli mrużyć zapuchnięte oczy, żeby widzieć dokładnie co pozostało z ich domu. Hermiona otarła wierzchem dłoni ostatnie łzy rozmazując po policzku brud. Ron objął ją delikatnie, jakby miała się rozpaść i pocałował w czoło.
   - Już po wszystkim – powiedział cicho, jakby bojąc się zakłócić żałobną, pobitewną ciszę.
Harry milczał i nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w błonia. Bezwiednie ściskał w ręku swoją naprawioną różdżkę, aż zbielały mu knykcie.
   - Powinniśmy już wracać i pomóc im z... z ciałami – wydukała dziewczyna łamiącym się głosem.
Usilnie powstrzymywała łzy i napływające do niej wspomnienia. Nie była w stanie przyjąć na siebie już nic więcej. Fred... Lupin... Tonks... Jak można żyć ze świadomością, że widziało się ich stygnące ciała? Hermiona Granger wiedziała wiele, ale to wciąż pozostawało dla niej tajemnicą.
To tylko mury – pomyślała ze smutkiem. Można odbudować ściany, wyremontować sale, usunąć gruz i posadzić nowe drzewa, ale czy da się wymazać wyrządzone zło i wszechobecną śmierć?
Tego też nie wiedziała, ale gdzieś w jej podświadomości tliła się nadzieja.


Draco Malfoy usilnie starał się ignorować fakt, że matka co chwilę przeczesywała jego poszarzałe od pyłu włosy. Powieki same mu się zamykały i mimo największych starań czuł, że jego świadomość powoli odpływa. Ta noc była dla niego bardzo ciężka... Jak wielkie szczęście musiał mieć, aby tyle razy uniknąć śmierci?
   - Lucjuszu, powinniśmy uciekać? - usłyszał szept Narcyzy i oprzytomniał.
   - Nie – odezwał się ostrym tonem, zanim ojciec zdążył choćby pomyśleć. - Dość już uciekania. Chcę stawić temu czoła, zasłużyłem na to.
Nigdy nie był gotowy, aby widzieć śmierć tylu osób, których znał. To nigdy nie był jego wybór, nigdy nie mógł żyć własnym życiem. Aż do teraz...


Patrzę na swoje umazane krwią
ręce. Przybliżam je do twarzy, aby poczuć metaliczny zapach. Delektuję się przez chwilę gorącem, które mi daje. Poluję